The Creator - obejrzany. Będą spoilery, ale postaram się je dokładnie zaznaczyć. Na początek może o wadach, a tych niestety jest sporo. Film jest za krótki, bez dwóch zdań. Ostatnie pół godzinki to masa skrótów i uproszczeń fabularnych. Joshua z Alfie błyskawicznie uciekają z karetki wiozącej ich na do Ground Zero w L.A., za chwile są na promie na Księżyc, a za kolejną chwilkę na Nomadzie i nikt z ludzi (Amerykanów, wojskowych) nie podejmuje kroków adekwatnych do powstającego w ten sposób zagrożenia. Sam wybór sposobu eliminacji Alfie przez U.S. Army, zwarzywszy na ich wcześniejszą bezwzględność i brutalność jest kompletnie nielogiczny. Relacja pomiędzy Joshem i Alfie i uczucie ojcowskiej(?) miłości powstaje jakoś nienaturalnie szybko, zaraz po odnalezieniu Mayi. Wcześniej, Alfie jest raczej "urządzeniem" potrzebnym żeby główny bohater mógł odnaleźć żonę.
Cała koncepcja wojny AI kontra USA jest dziwna. AI zniszczyło L.A. USA nie sprawdziło dlaczego tak się stało? Postać AI grana przez Watanabe "objawia" Joshowi, że to był błąd w kodzie, ludzki błąd. Czyli zabrakło elementarnego sprawdzenia w algorytmie decyzyjnym, czy cel ataku nie znajduje się przypadkiem na terenie USA? Serio? Przedstawiona reakcja Azji na to zdarzenie jest również mało przekonywująca. AI zniszczyło L.A., a oni na to: "OK, ważne, że nie u nas", czy może "Nasze AI jest przyjacielskie, a w ogóle to daliśmy patcha i jest git".
Generalnie, to przez cały film reżyser pokazuje, że AI jest dobre, a USA złe, bo chce je zniszczyć. Mało jest scen w których AI zabija ludzi, ale za to mnóstwo takich w których żołnierze z USA brutalnie likwidują AI, które to generalnie zajmuje się opiekowaniem małymi dziećmi i starcami.
Dysproporcje pomiędzy atakującym USA, a broniącym się AI są kompletnie przesadzone. AI jest legalne w Azji Wschodniej, której to kraje ustanowiły jakiś sojusz, czy tam związek. Są wysoko rozwinięte technologicznie, ale samolociki z USA wlatują w ich przestrzeń powietrzną jak chcą. Ostrzeliwują ich teren rakietkami jak chcą, bo obrony przeciwlotniczej nie ma. No ale AI jest. Te całe AI i jego ludzcy przyjaciele, skupieni wokół tajemniczego Nimraty, prezentują się gorzej niż partyzantka Wietkongu. Nie próbują zniszczyć Nomada "klasycznie", chociaż to wydaje się być najprostszym rozwiązaniem. No i co niby zmieni ewentualne zniszczenie Nomada? USA serio się podda, odpuści?
Są też i plusy tej produkcji. Po pierwsze, co oczywiste, to jak wygląda. Aż trudno uwierzyć, że budżet produkcji był taki skromny. Dużo zdjęć w naturalnych plenerach, bardzo przyzwoite CGI. Ładna stylistyka, design AI, pojazdów czy infrastruktury, zwłaszcza w części azjatyckiej. Dobra muzyka, chociaż brak jakiegoś wyrazistego, zapadającego w pamięć głównego motywu. Pan Washington na plus. Również Madeleine Yuna grająca Alfie. Fatalnie za to wypada postać generała Andrewsa z U.S. Army. Totalnie przerysowana, niczym z kreskówki. Pomysł na scenariusz, generalnie ciekawy, ale zabrakło dopracowania szczegółów, zbyt wielu szczegółów. Pomimo tego, to ciekawa produkcja s-f. Po seansie, mimo wszystko, miałem ochotę (i dalej mam) na powtórkę. Tyle szczegółów na ekranie. Może coś przegapiłem, może coś ciekawego umknęło mojej uwadze? W zalewie imitujących się nawzajem produkcji spod znaku szeroko rozumianego "superhero", ciekawa (pomimo licznych wad) odmiana. To nie jest przełomowe s-f, ale na pewno warte uwagi. Ocena 6,5/10.
Cała koncepcja wojny AI kontra USA jest dziwna. AI zniszczyło L.A. USA nie sprawdziło dlaczego tak się stało? Postać AI grana przez Watanabe "objawia" Joshowi, że to był błąd w kodzie, ludzki błąd. Czyli zabrakło elementarnego sprawdzenia w algorytmie decyzyjnym, czy cel ataku nie znajduje się przypadkiem na terenie USA? Serio? Przedstawiona reakcja Azji na to zdarzenie jest również mało przekonywująca. AI zniszczyło L.A., a oni na to: "OK, ważne, że nie u nas", czy może "Nasze AI jest przyjacielskie, a w ogóle to daliśmy patcha i jest git".
Generalnie, to przez cały film reżyser pokazuje, że AI jest dobre, a USA złe, bo chce je zniszczyć. Mało jest scen w których AI zabija ludzi, ale za to mnóstwo takich w których żołnierze z USA brutalnie likwidują AI, które to generalnie zajmuje się opiekowaniem małymi dziećmi i starcami.
Dysproporcje pomiędzy atakującym USA, a broniącym się AI są kompletnie przesadzone. AI jest legalne w Azji Wschodniej, której to kraje ustanowiły jakiś sojusz, czy tam związek. Są wysoko rozwinięte technologicznie, ale samolociki z USA wlatują w ich przestrzeń powietrzną jak chcą. Ostrzeliwują ich teren rakietkami jak chcą, bo obrony przeciwlotniczej nie ma. No ale AI jest. Te całe AI i jego ludzcy przyjaciele, skupieni wokół tajemniczego Nimraty, prezentują się gorzej niż partyzantka Wietkongu. Nie próbują zniszczyć Nomada "klasycznie", chociaż to wydaje się być najprostszym rozwiązaniem. No i co niby zmieni ewentualne zniszczenie Nomada? USA serio się podda, odpuści?
Są też i plusy tej produkcji. Po pierwsze, co oczywiste, to jak wygląda. Aż trudno uwierzyć, że budżet produkcji był taki skromny. Dużo zdjęć w naturalnych plenerach, bardzo przyzwoite CGI. Ładna stylistyka, design AI, pojazdów czy infrastruktury, zwłaszcza w części azjatyckiej. Dobra muzyka, chociaż brak jakiegoś wyrazistego, zapadającego w pamięć głównego motywu. Pan Washington na plus. Również Madeleine Yuna grająca Alfie. Fatalnie za to wypada postać generała Andrewsa z U.S. Army. Totalnie przerysowana, niczym z kreskówki. Pomysł na scenariusz, generalnie ciekawy, ale zabrakło dopracowania szczegółów, zbyt wielu szczegółów. Pomimo tego, to ciekawa produkcja s-f. Po seansie, mimo wszystko, miałem ochotę (i dalej mam) na powtórkę. Tyle szczegółów na ekranie. Może coś przegapiłem, może coś ciekawego umknęło mojej uwadze? W zalewie imitujących się nawzajem produkcji spod znaku szeroko rozumianego "superhero", ciekawa (pomimo licznych wad) odmiana. To nie jest przełomowe s-f, ale na pewno warte uwagi. Ocena 6,5/10.
niespotykanie spokojny człowiek
