Zdaniem Raczka polski film prezentuje się lepiej jak brytyjski, co nie znaczy że dobrze.
Tak czytając różne recenzje tych dwóch filmów od razu przypomina mi się pewien pasek grozy. Dobrze że TVP nie jest producentem jednego z nich.
Cytat: Prawie jednocześnie w kinach pojawiają się dwa filmy poświęcone wojennym losom polskiego Dywizjonu 303, bohatersko i zwycięsko walczącego podczas powietrznej bitwy o Anglię w roku 1940.Facebook Tomasza Raczka
Jeden film jest angielski, nosi tytuł "Hurricane" (w Polsce zmieniony na "303. Bitwa o Anglię"), a na plakatach eksponuje udział Marcina Dorocińskiego. Poza nim w obsadzie prawie sami Anglicy.
Drugi film jest polski i dano mu tytuł "Dywizjon 303. Historia prawdziwa". W obsadzie wielu polskich aktorów, ale jest też sporo Anglików. Na plakatach Piotr Adamczyk i Maciej Zakościelny.
Każdy pyta o to, na który z tych filmów iść; który jest lepszy? A może trzeba obejrzeć oba, bo są zupełnie różne? No i czy w ogóle warto zawracać sobie nimi głowę bo może to tylko próba zarobienia kasy na polskiej patriotycznej legendzie?
Postaram się odpowiedzieć uczciwie i zarazem pragmatycznie, bo wiem jak cenny jest dzisiaj wolny czas i szkoda go poświęcać na coś, co nie jest tego warte.
Otóż żaden z tych dwóch filmów nie ma niestety cech wybitności. Oba są produkcjami z wielu powodów ułomnymi. Tak więc mamy dwa średnie filmy opowiadające mniej więcej tę samą historię. Z całą pewnością nie warto planować zobaczenia ich obu! Który więc wybrać? To zależy od tego, czego oczekujemy od kina.
Angielski "303. Bitwa o Anglię" (reż. David Blair) zrobiono w stylu kina klasy "B". Klasycznie, czysto, schludnie, bez przesadnego zawracania sobie głowy detalami. Polaków grają Anglicy i Amerykanie, którzy dla mnie nie są wiarygodni. W sumie patrzyłem na nich jak na jakichś dziwnych cudzoziemców, ale nie "naszych". Przez cały film czuje się wyraźnie, że to film angielski i to co dotyczy Anglików przedstawione jest znacznie lepiej niż podniebne rajdy Polaków. Marcin Dorociński jako Cobra (w Polsce - Witold Urbanowicz, dowódca dywizjonu 303) gra rolę zdecydowanie drugoplanową, za to na plan pierwszy wysuwają się Milo Gibson jako kanadyjski dowórca, John Kent; walijczyk Iwan Rheon jako polski pilot Jan Zumbach oraz Stefanie Martini jako mocno puszczalska Phyllis Lambert, pracująca w personelu naziemnym Angielka, która z upodobaniem rzuca się w ramiona przystojnych Polaków, a przede wszystkim w ramiona Zumbacha. Zgodnie z regułami filmów klasy "B" romans jest bowiem mocną nicią przewodnią całego filmu.
Jego najsłabszą nicią są za to sceny powietrznych pojedynków dywizjonu 303. Realizowane oszczędnościowo w makietach samolotów na elektronicznie wygenerowanym tle nieba robią wrażenie jakiejś taniej, nieskomplikowanej gry komputerowej. Trafione samoloty wybuchają za każdym razem nagłym rozbłyskiem i natychmiast znikają z pola widzenia. Jak w komputerze.
Polski film "Dywizjon 303. Historia prawdziwa" (reż. Denis Delić) ogląda się inaczej. Nie jest tak gładko prowadzony, mundury lotników nie wyglądają jak spod igły, a samolotowe pojedynki na niebie robią wrażenie realistyczne. Odniosłem wrażenie, że bardziej tu dbano o prawdziwość każdego szczegółu, a kiedy kamera startowała z samolotem doznawałem ściskającego serce lęku, że zaraz zgubię się w tym szalonym przecinaniu się torów lotu samolotów nadlatujących ze wszystkich stron. Czułem, że latanie to nie tylko siadanie na ogonie wroga, strzelanie do niego i robienie wielkiego bum, ale także konieczność odnalezienia się w chaosie maszyn, rozkazów, intencji i uczuć. Może pomogło mi to, że grupa polskich lotników od razu wydała mi się wiarygodna. Piotr Adamczyk, Maciej Zakościelny (Jan Zumbach), Antoni Królikowski mają w sobie tę dziwną mieszaninę błysku inteligencji, braku poszanowania dla przepisów, poczucia humoru i wrednej złośliwości, której za cholerę nie rozumieją w nas Anglicy. Ta mieszanka nie przeszkadzała w osiąganiu doskonałych wyników w walce, za to bardzo pomagała w emanowaniu chłopackim wdziękiem.
Czuje się, że ten film zrobiono "ku pokrzepieniu serc" bo na każdym kroku eksponuje on sukcesy Polaków - zarówno w mundurze, jak i bez munduru. To prawda scenariusz czasami ma dziury, ale historia w końcu opowiedziana zostaje po bożemu a widz ma trochę takie wrażenie jakby czytał książkę Arkadego Fiedlera "Dywizjon 303". Ja czytałem ją bardzo dawno temu, ale z lektury pamiętam podobne wrażenia, jak te po obejrzeniu filmu.
Tak więc na pytanie, którą wersję opowieści o dywizjonie 303 (angielską, czy polską?) radzę obejrzeć, odpowiadam - polską. Daje więcej siły i pozwala nam o sobie lepiej myśleć.
"303. Bitwa o Anglię" - 4/10
"Dywizjon 303. Historia prawdziwa" - 5/10
Tak czytając różne recenzje tych dwóch filmów od razu przypomina mi się pewien pasek grozy. Dobrze że TVP nie jest producentem jednego z nich.

