13-06-2022, 08:19
Wreszcie udało mi się obejrzeć "Mavericka". To nie jest film doskonały. Pod pewnymi względami nie jest to nawet film dobry (Mach 10! 10G! F14! Zabili go i uciekł!). Fabuła jest liniowa i przewidywalna. Momentami film jest niemal żałośnie naiwny. Ale szczerze mówiąc można to powiedzieć o wielu filmach, do których wracamy. I "Top Gun: Maverick" będzie takim filmem. To jest odpowiednik ciepłego kocyka dla ludzi wychowanych w latach 80tych na prostych, ale zrobionych z sercem (!) filmach akcji.
Wydaje mi się, że obserwowany przez nas od lat w kinie i szeroko rozumianej telewizji trend żerowania na nostalgii zawiódł (tj. nie finansowo oczywiście, ale w kategorii stworzenia czegoś autentycznego) z jednej prostej przyczyny - otrzymaliśmy albo historię o podstarzałych bohaterach z lat 80tych powracających w jeszcze jednej przygodzie (np. "Logan", "Picard") lub mniej lub bardziej udane podróby klimatu "tamtych lat" ("Ghostbusters: Afterlife", "WW84", "Stranger Things"). Oglądając te "produkty" wyłapujemy nawiązania, bawiąc się w grę narzuconą nam przez filmowców i działy marketingu z olbrzymimi budżetami. Tymczasem, trochę niespodziewanie, to właśnie "Top Gun" daje nam prawdziwie nostalgiczny film, żywcem wyjęty z czasów oryginału i gładko wpasowany w kokpit myśliwca piątej generacji. A udaje się to dzięki współpracy producenta Jerry'ego Bruckheimera, reżysera Josepha Kosinskiego i, nie bójmy się tego napisać, gwiazdy filmowej - Toma Cruise'a.
A co okazało się przepisem na sukces? Niezwykłym wysiłkiem woli scenarzyści i w/w panowie powstrzymali się od wciskania do filmu na siłę elementów współczesnej walki socjopolitycznej, wywracania wątków na nice, dekonstruowania bohaterów, pouczania, moralizowania, itp. itd. Bohaterowie nie muszą się zmagać z (nie)życiowymi rozterkami bo po prostu mają ważniejsze rzeczy do roboty. I wreszcie - główny bohater nie ginie!. Powstała prosta historyjka o człowieku, który trzyma się swoich wartości i swoich przyjaciół, choć świat wokół niego tak bardzo się zmienił. Być może kluczowy jest tutaj światek marynarki wojennej, który jest z pewnością dość konserwatywny.
Tak czy owak - materiał źródłowy potraktowano z szacunkiem i pokorą, których brakuje tak wielu współczesnym filmowcom. Zmiany, których dokonano w świecie "Top Gun" są kosmetyczne. Z chirurgiczną precyzją z oryginału odjęto to, co po prostu nie zadziałałoby na ekranie w żaden sposób (np. (niemal) wyłącznie biali mężczyźni w zespole pilotów) i starannie przyszyto to, co jest naszą rzeczywistością - (w zespole Top Gun jest kobieta, są ludzie wielu ras). Ale nikt z tego w filmie nie robi nie wiadomo jakiego halo. To się dzieje tak po prostu. Bo takie jest życie. Żal mi jedynie Kelly McGillis, dla której filmowcy nie znaleźli miejsca w nowym filmie i jak dla mnie to jedyna skaza na bielutkim i wyprasowanym mundurze "Top Gun: Maverick".
Na koniec nie sposób nie wspomnieć o zdjęciach w tym filmie, bo ujęcia z kokpitu działają wspaniale, pozwalając nam niemal poczuć... the need for speed!
Tak czy owak, chwała temu, kto wyciągnął Mavericka z zamrażarki bo dzięki niemu, zamiast czuć się wysmagani i psychicznie wymemłani po seansie, z kina możemy wreszcie wyjść zrelaksowani i uśmiechnięci w poczuciu, że sky is the limit.
Wydaje mi się, że obserwowany przez nas od lat w kinie i szeroko rozumianej telewizji trend żerowania na nostalgii zawiódł (tj. nie finansowo oczywiście, ale w kategorii stworzenia czegoś autentycznego) z jednej prostej przyczyny - otrzymaliśmy albo historię o podstarzałych bohaterach z lat 80tych powracających w jeszcze jednej przygodzie (np. "Logan", "Picard") lub mniej lub bardziej udane podróby klimatu "tamtych lat" ("Ghostbusters: Afterlife", "WW84", "Stranger Things"). Oglądając te "produkty" wyłapujemy nawiązania, bawiąc się w grę narzuconą nam przez filmowców i działy marketingu z olbrzymimi budżetami. Tymczasem, trochę niespodziewanie, to właśnie "Top Gun" daje nam prawdziwie nostalgiczny film, żywcem wyjęty z czasów oryginału i gładko wpasowany w kokpit myśliwca piątej generacji. A udaje się to dzięki współpracy producenta Jerry'ego Bruckheimera, reżysera Josepha Kosinskiego i, nie bójmy się tego napisać, gwiazdy filmowej - Toma Cruise'a.
A co okazało się przepisem na sukces? Niezwykłym wysiłkiem woli scenarzyści i w/w panowie powstrzymali się od wciskania do filmu na siłę elementów współczesnej walki socjopolitycznej, wywracania wątków na nice, dekonstruowania bohaterów, pouczania, moralizowania, itp. itd. Bohaterowie nie muszą się zmagać z (nie)życiowymi rozterkami bo po prostu mają ważniejsze rzeczy do roboty. I wreszcie - główny bohater nie ginie!. Powstała prosta historyjka o człowieku, który trzyma się swoich wartości i swoich przyjaciół, choć świat wokół niego tak bardzo się zmienił. Być może kluczowy jest tutaj światek marynarki wojennej, który jest z pewnością dość konserwatywny.
Tak czy owak - materiał źródłowy potraktowano z szacunkiem i pokorą, których brakuje tak wielu współczesnym filmowcom. Zmiany, których dokonano w świecie "Top Gun" są kosmetyczne. Z chirurgiczną precyzją z oryginału odjęto to, co po prostu nie zadziałałoby na ekranie w żaden sposób (np. (niemal) wyłącznie biali mężczyźni w zespole pilotów) i starannie przyszyto to, co jest naszą rzeczywistością - (w zespole Top Gun jest kobieta, są ludzie wielu ras). Ale nikt z tego w filmie nie robi nie wiadomo jakiego halo. To się dzieje tak po prostu. Bo takie jest życie. Żal mi jedynie Kelly McGillis, dla której filmowcy nie znaleźli miejsca w nowym filmie i jak dla mnie to jedyna skaza na bielutkim i wyprasowanym mundurze "Top Gun: Maverick".
Na koniec nie sposób nie wspomnieć o zdjęciach w tym filmie, bo ujęcia z kokpitu działają wspaniale, pozwalając nam niemal poczuć... the need for speed!
Tak czy owak, chwała temu, kto wyciągnął Mavericka z zamrażarki bo dzięki niemu, zamiast czuć się wysmagani i psychicznie wymemłani po seansie, z kina możemy wreszcie wyjść zrelaksowani i uśmiechnięci w poczuciu, że sky is the limit.
