Fajnie macie. Kiedyś „zrobiłem” całe Tatry, także część szlaku zamkniętego. Określone odcinki powtarzałem z niezmiennym zapałem prawie rok w rok. No, ale mowa o latach 80. i 90. Potem musiałem zachłystywać się dolinami, zatem siłą rzeczy odczułem znak czasu. 
Naście lat temu przebiegłem (dosłownie) moknąc do suchej nitki Czerwone Wierchy. W zasadzie to było moje pożegnanie z zakopiańskimi górami. Dziś – jestem tego pewny – nie wlazłbym nigdzie, pomijając górki typu Nosal. Tam nawet spotkałem siostry zakonne.
Taki to szlak.
Nie wypada młodszym kolegom zazdrościć wieku oraz sprawności. Życzę Wam wytrwałości i wielu lat realizowania tej wspaniałej pasji. Góry były dla mnie wyjątkową przygodą. Luźne przykłady w ramach wspomnień:
1. Zauważalna „rewitalizacja” ciała oraz psychiki.
2. Niezapomniane nocne dyskusje w schroniskach z nowopoznanymi ludźmi (w grę wchodziły poranne kace).
3. Spanie na deskach w przypadku braku wolnych łóżek.
4. Zauważalna kameralność. Szlaki nie były kiedyś deptakami, a pozdrowienie napotkanego turysty należało do rzadkości.
Krótka dygresja.
Gieferg napisał:
Kościelec na pierwszy raz w Tatrach to w sumie trochę ostro. Kto to wymyślał?
Dla nas, dawniej młodych ludzi, ten szczyt nie stanowił jakiegoś szczególnego wyzwania. Owszem, końcówka była nieco wymagająca, ale patrząc przez pryzmat moich możliwości – tylko końcówka.

Naście lat temu przebiegłem (dosłownie) moknąc do suchej nitki Czerwone Wierchy. W zasadzie to było moje pożegnanie z zakopiańskimi górami. Dziś – jestem tego pewny – nie wlazłbym nigdzie, pomijając górki typu Nosal. Tam nawet spotkałem siostry zakonne.
Taki to szlak. Nie wypada młodszym kolegom zazdrościć wieku oraz sprawności. Życzę Wam wytrwałości i wielu lat realizowania tej wspaniałej pasji. Góry były dla mnie wyjątkową przygodą. Luźne przykłady w ramach wspomnień:
1. Zauważalna „rewitalizacja” ciała oraz psychiki.
2. Niezapomniane nocne dyskusje w schroniskach z nowopoznanymi ludźmi (w grę wchodziły poranne kace).
3. Spanie na deskach w przypadku braku wolnych łóżek.
4. Zauważalna kameralność. Szlaki nie były kiedyś deptakami, a pozdrowienie napotkanego turysty należało do rzadkości.
Krótka dygresja.
Gieferg napisał:
Kościelec na pierwszy raz w Tatrach to w sumie trochę ostro. Kto to wymyślał?
Dla nas, dawniej młodych ludzi, ten szczyt nie stanowił jakiegoś szczególnego wyzwania. Owszem, końcówka była nieco wymagająca, ale patrząc przez pryzmat moich możliwości – tylko końcówka.
„Ja paryskimi perfumami się nie perfumuję... Ja jeden wiem co tej ziemi jest potrzebne”.
