No dobra, skoro prowokujesz?
Cytat:
"my to byliśmy zajebiści, wchodziliśmy wszędzie z palcem w dupie, Rysy czy Nosal to dla nas taka sama bułka z masłem a teraz po górach to same pipki chodzą"
Czy ja takie zdania napisałem? Wiesz, że nie, choć sens moich wpisów zinterpretowałeś poprawnie.
Gieferg napisał:
To jest gówniarska gadka-szmatka, niedojrzała, pozbawiona pokory i godna pożałowania. Uchowaj Boże przed towarzyszami górskich wypraw i ludźmi na szlaku prezentującymi taką postawę.
OK, zatem będzie jednak puenta. Góry nauczyły mnie pokory, ale też odwagi. Luźne przemyślenia:
1. Pisałem w swoich postach o dawnej, ale też współczesnej kondycji Polaków (do tego wrócę pod koniec). To prawie przepaść. Będę złośliwy. Cywilizacja hoduje pokolenie cherlaków. Jeśli ktoś nie pracuje nad kondycją / sprawnością, może niech odpuści sobie góry wysokie, i dalej dziobie palcem po klawiaturze. W swojej dość długiej przygodzie z Tatrami byłem świadkiem wyłącznie jednego ataku paniki.
2. Po dyskusji z Tobą przeczytałem kilka opinii związanych z ryzykiem wspinaczkowym. Ta narracja jest inna, niż za moich czasów. Zauważam więcej przestróg, uwag dotyczących tężyzny fizycznej, itp. OK, Tatry wysokie są i były dla osób krzepkich.
Nas na tych szlakach było stosunkowo niewielu. Z perspektywy czasu wnoszę, iż szczyty chcieli zdobywać ludzie potencjalnie sprawni. Teraz mamy do czynienia z modą. Ludziska pchają się bez realnej oceny swoich kompetencji. Bez sensu.
3. Podtrzymuję, że wymienione prze zemnie deptaki, traktowaliśmy jako właśnie deptaki. Krótkie zwierzenie.
Dość dobrze pamiętam swój pierwszy raz z Tatrami. To był raczej przypadek. Wracając od przyjaciółki z Nowego Sącza postanowiłem zahaczyć o Zakopane. Miałem kilka ciuchów w plecaku, a na nogach tenisówki. W stolicy Tatr spotkałem znajomych. Dysponowali kwaterą i zaproponowali nocleg, natomiast rano wspinaczkę. Legitymowałem się zerowym doświadczeniem, choć powszechną dla pokolenia lat 80. kondycją. Oto program mojej pierwszej w życiu tatrzańskiej eskapady:
a. Kuźnice – Murowaniec. Idzie się kawałek, o czym dobrze wiesz.
b. Murowaniec – Granaty lub Kozia Przełęcz (tu nie pamiętam dokładnie),
c. Zejście do Doliny Pięciu Stawów Polskich (zatem znaleźliśmy się po drugiej stronie).
e. Potem Doliną Roztoki w dół. To był chyba dłuższy szlak do pierwszego parkingu, niźli ten z Morskiego Oka do tego miejsca (?).
Jak czytam o mniej doświadczonych turystach, to mi opadają ręce. Ludzie, komputery są do pewnego stopnia OK, ale kto Wam broni rekreacji fizycznej!?
Po tej krótkie przygodzie z Tatrami zaliczyłem wszystko, a potem powtarzałem wyłącznie szlaki, które nie były dla nas deptakami. Dla przykładu wymienię całą Orlą Perć. To nie żarty - można się zabić! Dziś / wczoraj słyszałem w mediach o kobiecie (?) która zginęła pod opieką przewodnika.
Jeszcze jedno drobne zwierzenie, specjalnie dla Grefejga. Gość działa na mnie jak psychoterapeuta, i zapewne na innych kolegów również. Żarcik, to tylko żarcik
Był, może jeszcze jest, szlak zamknięty na końcu Orlej Perci (patrząc np na. Granaty w lewo od Murowańca). Po skręcie w prawo nie widziałem już Murowańca. Tam występował problem z łańcuchami, gdyż ich szpile wypadały ze skał. Byłem sam – oczywiście w tenisówkach. Wszelki buty do wspinaczek, jak uważam, groziły katastrofą (to moje prywatne zdanie). W miękkiej podeszwie czułem pod stopami wszystko!
Ten zamknięty szlak zapamiętałem jako oazę wolności. Sam i Tatry – dosłownie! Warto było, drozdy filmożercy.
Pisałem, że nie wlazłbym już nigdzie. Owszem, Orlej Perci bym nie zrobił. A deptaki typu Rysy – raczej tak.
EDIT:
Napomknę, że plecak Amerykanki wspinającej się na Rysy był niewąski i wypchany po brzegi, a my to wtargaliśmy. A dziś, co niektórzy płaczą dźwigając jedynie telefon. Nie kumam. Po prostu, nie kumam czaczy.
Cytat:
"my to byliśmy zajebiści, wchodziliśmy wszędzie z palcem w dupie, Rysy czy Nosal to dla nas taka sama bułka z masłem a teraz po górach to same pipki chodzą"
Czy ja takie zdania napisałem? Wiesz, że nie, choć sens moich wpisów zinterpretowałeś poprawnie.
Gieferg napisał:
To jest gówniarska gadka-szmatka, niedojrzała, pozbawiona pokory i godna pożałowania. Uchowaj Boże przed towarzyszami górskich wypraw i ludźmi na szlaku prezentującymi taką postawę.
OK, zatem będzie jednak puenta. Góry nauczyły mnie pokory, ale też odwagi. Luźne przemyślenia:
1. Pisałem w swoich postach o dawnej, ale też współczesnej kondycji Polaków (do tego wrócę pod koniec). To prawie przepaść. Będę złośliwy. Cywilizacja hoduje pokolenie cherlaków. Jeśli ktoś nie pracuje nad kondycją / sprawnością, może niech odpuści sobie góry wysokie, i dalej dziobie palcem po klawiaturze. W swojej dość długiej przygodzie z Tatrami byłem świadkiem wyłącznie jednego ataku paniki.
2. Po dyskusji z Tobą przeczytałem kilka opinii związanych z ryzykiem wspinaczkowym. Ta narracja jest inna, niż za moich czasów. Zauważam więcej przestróg, uwag dotyczących tężyzny fizycznej, itp. OK, Tatry wysokie są i były dla osób krzepkich.
Nas na tych szlakach było stosunkowo niewielu. Z perspektywy czasu wnoszę, iż szczyty chcieli zdobywać ludzie potencjalnie sprawni. Teraz mamy do czynienia z modą. Ludziska pchają się bez realnej oceny swoich kompetencji. Bez sensu.
3. Podtrzymuję, że wymienione prze zemnie deptaki, traktowaliśmy jako właśnie deptaki. Krótkie zwierzenie.
Dość dobrze pamiętam swój pierwszy raz z Tatrami. To był raczej przypadek. Wracając od przyjaciółki z Nowego Sącza postanowiłem zahaczyć o Zakopane. Miałem kilka ciuchów w plecaku, a na nogach tenisówki. W stolicy Tatr spotkałem znajomych. Dysponowali kwaterą i zaproponowali nocleg, natomiast rano wspinaczkę. Legitymowałem się zerowym doświadczeniem, choć powszechną dla pokolenia lat 80. kondycją. Oto program mojej pierwszej w życiu tatrzańskiej eskapady:
a. Kuźnice – Murowaniec. Idzie się kawałek, o czym dobrze wiesz.
b. Murowaniec – Granaty lub Kozia Przełęcz (tu nie pamiętam dokładnie),
c. Zejście do Doliny Pięciu Stawów Polskich (zatem znaleźliśmy się po drugiej stronie).
e. Potem Doliną Roztoki w dół. To był chyba dłuższy szlak do pierwszego parkingu, niźli ten z Morskiego Oka do tego miejsca (?).
Jak czytam o mniej doświadczonych turystach, to mi opadają ręce. Ludzie, komputery są do pewnego stopnia OK, ale kto Wam broni rekreacji fizycznej!?
Po tej krótkie przygodzie z Tatrami zaliczyłem wszystko, a potem powtarzałem wyłącznie szlaki, które nie były dla nas deptakami. Dla przykładu wymienię całą Orlą Perć. To nie żarty - można się zabić! Dziś / wczoraj słyszałem w mediach o kobiecie (?) która zginęła pod opieką przewodnika.
Jeszcze jedno drobne zwierzenie, specjalnie dla Grefejga. Gość działa na mnie jak psychoterapeuta, i zapewne na innych kolegów również. Żarcik, to tylko żarcik
Był, może jeszcze jest, szlak zamknięty na końcu Orlej Perci (patrząc np na. Granaty w lewo od Murowańca). Po skręcie w prawo nie widziałem już Murowańca. Tam występował problem z łańcuchami, gdyż ich szpile wypadały ze skał. Byłem sam – oczywiście w tenisówkach. Wszelki buty do wspinaczek, jak uważam, groziły katastrofą (to moje prywatne zdanie). W miękkiej podeszwie czułem pod stopami wszystko!
Ten zamknięty szlak zapamiętałem jako oazę wolności. Sam i Tatry – dosłownie! Warto było, drozdy filmożercy.
Pisałem, że nie wlazłbym już nigdzie. Owszem, Orlej Perci bym nie zrobił. A deptaki typu Rysy – raczej tak.
EDIT:
Napomknę, że plecak Amerykanki wspinającej się na Rysy był niewąski i wypchany po brzegi, a my to wtargaliśmy. A dziś, co niektórzy płaczą dźwigając jedynie telefon. Nie kumam. Po prostu, nie kumam czaczy.
„Ja paryskimi perfumami się nie perfumuję... Ja jeden wiem co tej ziemi jest potrzebne”.
