16-08-2024, 08:17
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16-08-2024, 08:22 przez fire_caves.)
Właściwie niemal wszystko już napisaliście o Batman: Caped Crusader. Dodam od siebie, że Timm przyznał, że Pingwina przerobiono na kobietę gdyż twórcy uważali, że Batman ma mało ciekawych wrogów (w domyśle - damskich), co jest oczywiście straszliwie kuriozalne. Pierwotnie wydawało mi się, że zrobiono to po to, by podkreślić okrucieństwo Pingwin(y), która bez zmrużenia oka okrutnie morduje swojego syna. Wiadomo - matka mordująca swoje dzieci robi większe wrażenie niż ojciec.
Dziwi mnie, nomen omen, rozdźwięk między brakiem jakiegoś fajnego tematu muzycznego w czołówce, a soundtrackiem samego serialu. Motyw z czołówki oddaje ducha prezentowanych historii, które są dość low-key i nie oszukuje, że czekają nas jakieś rozbuchane przygody. Z jakiegoś powodu ta dość mdła kompozycja kojarzy mi się z motywem z czołówki z "Picarda", który "jaj" nabiera dopiero w samej końcówce, gdy pojawia się temat muzyczny z TNG. Tak jak wspomniałem to co słyszymy w serialu daje radę
Przeniesienie akcji serialu z bliżej nieokreślonego czasu (B:TAS) do lat 40tych ma swoje określone konsekwencje, których się, przyznam, od początku obawiałem:
To co mi się na pewno podobało, to bardziej dorosły styl walk - Batman jest tutaj dużo agresywniejszy niż w B:TAS, co przydaje realizmu opowieści o facecie, który nocami przebiera się za nietoperza by okładać gołymi pięściami złoczyńców. Muszę się przyznać, że Batman na drugim planie mi nie przeszkadzał - zdaję sobie sprawę z niedorzeczności konceptu, więc jego usunięcie w cień pozwala uniknąć zgrzytania między przedstawionymi realiami (jakby nie było wpuszczono Nietoperza w dość konkretny moment historii) a skakaniem po dachach w trykotach. To, co prawda, krok dalej niż to co zrobił Nolan w swojej trylogii, ale dobre historie, w których po Batmana sięga się wtedy kiedy to absolutnie konieczne, mogą powodować, że jego pojawienie się na ekranie jest bardziej satysfakcjonujące. Złośliwie można zadać pytanie - czy tutaj mamy do czynienia z dobrymi historiami?
Ogólnie odnoszę wrażenie, że Timm, który zarzekał się, że nie chce wracać do B:TAS został skuszony obietnicą wolności kreatywnej. Niestety kreatywna wolność twórcy rzadko wpływa pozytywnie na dzieła. Niedawnym przykładem niech będzie postać (ponownie) Picarda, na którego kreację od czasu filmu Star Trek: First Contact miał co raz większy wpływ Patrick Stewart. Jak to się skończyło w serialu "Picard" - wiemy.
Dziwi mnie, nomen omen, rozdźwięk między brakiem jakiegoś fajnego tematu muzycznego w czołówce, a soundtrackiem samego serialu. Motyw z czołówki oddaje ducha prezentowanych historii, które są dość low-key i nie oszukuje, że czekają nas jakieś rozbuchane przygody. Z jakiegoś powodu ta dość mdła kompozycja kojarzy mi się z motywem z czołówki z "Picarda", który "jaj" nabiera dopiero w samej końcówce, gdy pojawia się temat muzyczny z TNG. Tak jak wspomniałem to co słyszymy w serialu daje radę
Przeniesienie akcji serialu z bliżej nieokreślonego czasu (B:TAS) do lat 40tych ma swoje określone konsekwencje, których się, przyznam, od początku obawiałem:
- Te pozytywne - to szansa (nie wiem czy wykorzystana) na wizualnie i scenariuszowo ciekawsze rozwiązania (np. przez brak komputerów).
- Można też powrócić do podstaw idei Batmana - dziś często dekonstruuje się starych bohaterów, mając nadzieję na znalezienie innej perspektywy. Niestety rzadko jest to uzasadnione, a jeszcze rzadziej działa. W tym przypadku przynajmniej jest pewne uzasadnienie - powracamy Batmana do jego korzeni.
- Z kolei, z drugiej strony przez to nie spodziewam się ujrzeć w serialu wątków SF, które moim zdaniem wybrzmiały w B:TAS świetnie (np. HARDAC). Przyznam, że poczułem się znużony, kiedy po raz nie wiem który Batman i Alfred stali przed szklaną tablicą z mapą Gotham, która miała w zamierzeniu zastąpić batkomputer. Te sceny są zwyczajnie nudne i wyglądają tak samo. SF ma chyba zastąpić magia, którą zaprezentowano w aż dwóch, następujących po sobie odcinkach. Ma to swój sens, gdyż świat, te 80 lat temu był nieco bardziej przesądny i tajemniczy, a Batmana da się ciekawie przedstawić w świecie magicznym. Niestety nie jestem pewien czy te odcinki były takie interesujące od strony sparowania Nietoperza z okultyzmem.
- Z jeszcze innej strony patrząc - w niedookreślonym czasie B:TAS "kolorowi" na stanowiskach władzy w żadnym wypadku nie byliby problematyczni. W latach 40 wydaje się to niebezpiecznym anachronizmem, który fałszuje brzydką, rasistowską historię Stanów Zjednoczonych. A szkoda, bo właśnie w oddaniu sprawiedliwości prawdzie upatrywałbym wiele szans na ciekawe i inspirujące historie.
To co mi się na pewno podobało, to bardziej dorosły styl walk - Batman jest tutaj dużo agresywniejszy niż w B:TAS, co przydaje realizmu opowieści o facecie, który nocami przebiera się za nietoperza by okładać gołymi pięściami złoczyńców. Muszę się przyznać, że Batman na drugim planie mi nie przeszkadzał - zdaję sobie sprawę z niedorzeczności konceptu, więc jego usunięcie w cień pozwala uniknąć zgrzytania między przedstawionymi realiami (jakby nie było wpuszczono Nietoperza w dość konkretny moment historii) a skakaniem po dachach w trykotach. To, co prawda, krok dalej niż to co zrobił Nolan w swojej trylogii, ale dobre historie, w których po Batmana sięga się wtedy kiedy to absolutnie konieczne, mogą powodować, że jego pojawienie się na ekranie jest bardziej satysfakcjonujące. Złośliwie można zadać pytanie - czy tutaj mamy do czynienia z dobrymi historiami?
Ogólnie odnoszę wrażenie, że Timm, który zarzekał się, że nie chce wracać do B:TAS został skuszony obietnicą wolności kreatywnej. Niestety kreatywna wolność twórcy rzadko wpływa pozytywnie na dzieła. Niedawnym przykładem niech będzie postać (ponownie) Picarda, na którego kreację od czasu filmu Star Trek: First Contact miał co raz większy wpływ Patrick Stewart. Jak to się skończyło w serialu "Picard" - wiemy.
