04-10-2024, 15:21
Znaki (2002)
Pamiętam, że gdy oglądałem ten film po raz pierwszy ze 20 lat temu miałem do niego ambiwalentny stosunek. Nie pamiętałem dlaczego i teraz, w oczekiwaniu na polskie wydanie filmu na "czarnym nośniku" postanowiłem do niego powrócić by lepiej zdefiniować z czym miałem tu problem. I mamy to - film składa się z 3 płaszczyzn, z których jedna jest wybitna a druga nie dorasta tej pierwszej do pięt, a trzecia szoruje po dnie.
Film jest bardzo sprawnym horrorem, z gatunku takich, jakie mogę zaakceptować - tj. pozbawionym gore, a działającym na zmysły widza i na jego podświadomość. To obraz, który powoduje, że znajdujemy się niemal w stałym napięciu i niepewności, a efektywne wykorzystanie muzyki i oświetlenia sprawia, że bez gęsiej skórki się nie obejdzie. Jest to zatem horror straszący nas, a nie odpychający obrzydliwymi scenami. Film nie oferuje nam również zbyt wiele w kwestii rozwiązania tego strachu na poziomie świata, gdyż jedyne zmagania jakie widzimy w finale, to to z pojedynczym ufoludkiem. Utrzymuje to oczywiście skalę filmu - Shyamalan nie pozwolił, by jego małoskalowe wątki, o których za chwilę, zostały przytłoczone obrazem konsekwencji "wojny światów". Nawet przekazy telewizyjne i radiowe są wypełnione wyłącznie grozą, bez żadnych użytecznych czy choćby sensownych informacji.
"Znaki" to też dramat, z gatunku wyciskaczy łez, którego fabułę Shyamalan, trochę jak Nolan, każe nam odkrywać kawałek po kawałku. Nic w tym dziwnego - śmierć żony Mela Gibsona i będące jej konsekwencją jego odejście od wiary jest po prostu banalny. Wiem - jest to prawdziwa treść filmu, scenariusz każe nadać ostatnim słowom zmarłej wymiar proroctwa bądź cudu. Tematem filmu jest wiara - na różnych poziomach bo mamy i wiarę w UFO, i wiarę w Boga, i wiarę w porządek świata, którego nie zaburzy, a który nawet uratuje, niemal jak biblijny potop, inwazja kosmitów. Niestety film nie zmierzy się z tym, co pada w jednym zdaniu w końcówce filmu - otóż "zginęło wielu ludzi", bo, hej, najważniejsze, że Mel Gibson znów założył koloratkę! Niewątpliwie będzie miał co robić - pogrzeby same się nie zorganizują. Nie przekonuje mnie droga głównego bohatera oraz (bardzo) wiele reakcji i zachowań innych postaci w filmie. Podstawowe pytanie - dlaczego w obliczu potencjalnej inwazji kosmitów nikt nie podejmuje choćby dyskusji, by się bronić? A akcja rozgrywa się w USA, gdzie nawet niemowlaki uczy się strzelać z broni palnej
I wreszcie trzecia płaszczyzna, to niestety ta dla mnie najmniej strawna. Bardzo lubię kino SF i wątek SF bez wątpienia jest tu istotny, lecz, jak już wspomniałem, przez większość czasu jest on rozwijany wyłącznie jako siła napędowa dramatu lub katalizator horroru. Na domiar złego - cały wątek inwazji kosmitów jest bezsensowny. Liczba pytań o powody i sposób działań kosmitów jest bardzo długa. I nie są to pytania, na które można stawiać fascynujące odpowiedzi z gatunku "są tak dla nas obcy, że trudno przykładać do nich naszą miarę". Nie, kosmici są po prostu debilami. A rozwiązanie problemu, inspirowane zapewne do pewnego stopnie wspomnianym wcześniej przeze mnie "opus magnum" H. G. Wellsa, jest kuriozalne. Już Kubrick pokazał, że można zrobić horror SF (duża część "Odysei kosmicznej 2001") w sposób inteligentny a "Obcy" zdefiniował gatunek kilkadziesiąt lat wcześniej.
Być może osoby "konsumujące" ten film dla jego warstwy dramatycznej lub otwarcie szukających lekko nieprzekonywującej historii o nawróceniu nie będą zadawały niewygodnych pytań i poczują się usatysfakcjonowane. W sumie taka jest istota wiary - wierzę więc nie drążę, nie dopytuję; "szkiełko i oko" na bok. Ja nie jestem w stanie przełknąć nonsensów i po prostu psuje mi to przyjemność z oglądania.
5/10 naciągnięte przede wszystkim za techniczną wirtuozerię horroru.
Pamiętam, że gdy oglądałem ten film po raz pierwszy ze 20 lat temu miałem do niego ambiwalentny stosunek. Nie pamiętałem dlaczego i teraz, w oczekiwaniu na polskie wydanie filmu na "czarnym nośniku" postanowiłem do niego powrócić by lepiej zdefiniować z czym miałem tu problem. I mamy to - film składa się z 3 płaszczyzn, z których jedna jest wybitna a druga nie dorasta tej pierwszej do pięt, a trzecia szoruje po dnie.
Film jest bardzo sprawnym horrorem, z gatunku takich, jakie mogę zaakceptować - tj. pozbawionym gore, a działającym na zmysły widza i na jego podświadomość. To obraz, który powoduje, że znajdujemy się niemal w stałym napięciu i niepewności, a efektywne wykorzystanie muzyki i oświetlenia sprawia, że bez gęsiej skórki się nie obejdzie. Jest to zatem horror straszący nas, a nie odpychający obrzydliwymi scenami. Film nie oferuje nam również zbyt wiele w kwestii rozwiązania tego strachu na poziomie świata, gdyż jedyne zmagania jakie widzimy w finale, to to z pojedynczym ufoludkiem. Utrzymuje to oczywiście skalę filmu - Shyamalan nie pozwolił, by jego małoskalowe wątki, o których za chwilę, zostały przytłoczone obrazem konsekwencji "wojny światów". Nawet przekazy telewizyjne i radiowe są wypełnione wyłącznie grozą, bez żadnych użytecznych czy choćby sensownych informacji.
"Znaki" to też dramat, z gatunku wyciskaczy łez, którego fabułę Shyamalan, trochę jak Nolan, każe nam odkrywać kawałek po kawałku. Nic w tym dziwnego - śmierć żony Mela Gibsona i będące jej konsekwencją jego odejście od wiary jest po prostu banalny. Wiem - jest to prawdziwa treść filmu, scenariusz każe nadać ostatnim słowom zmarłej wymiar proroctwa bądź cudu. Tematem filmu jest wiara - na różnych poziomach bo mamy i wiarę w UFO, i wiarę w Boga, i wiarę w porządek świata, którego nie zaburzy, a który nawet uratuje, niemal jak biblijny potop, inwazja kosmitów. Niestety film nie zmierzy się z tym, co pada w jednym zdaniu w końcówce filmu - otóż "zginęło wielu ludzi", bo, hej, najważniejsze, że Mel Gibson znów założył koloratkę! Niewątpliwie będzie miał co robić - pogrzeby same się nie zorganizują. Nie przekonuje mnie droga głównego bohatera oraz (bardzo) wiele reakcji i zachowań innych postaci w filmie. Podstawowe pytanie - dlaczego w obliczu potencjalnej inwazji kosmitów nikt nie podejmuje choćby dyskusji, by się bronić? A akcja rozgrywa się w USA, gdzie nawet niemowlaki uczy się strzelać z broni palnej

I wreszcie trzecia płaszczyzna, to niestety ta dla mnie najmniej strawna. Bardzo lubię kino SF i wątek SF bez wątpienia jest tu istotny, lecz, jak już wspomniałem, przez większość czasu jest on rozwijany wyłącznie jako siła napędowa dramatu lub katalizator horroru. Na domiar złego - cały wątek inwazji kosmitów jest bezsensowny. Liczba pytań o powody i sposób działań kosmitów jest bardzo długa. I nie są to pytania, na które można stawiać fascynujące odpowiedzi z gatunku "są tak dla nas obcy, że trudno przykładać do nich naszą miarę". Nie, kosmici są po prostu debilami. A rozwiązanie problemu, inspirowane zapewne do pewnego stopnie wspomnianym wcześniej przeze mnie "opus magnum" H. G. Wellsa, jest kuriozalne. Już Kubrick pokazał, że można zrobić horror SF (duża część "Odysei kosmicznej 2001") w sposób inteligentny a "Obcy" zdefiniował gatunek kilkadziesiąt lat wcześniej.
Być może osoby "konsumujące" ten film dla jego warstwy dramatycznej lub otwarcie szukających lekko nieprzekonywującej historii o nawróceniu nie będą zadawały niewygodnych pytań i poczują się usatysfakcjonowane. W sumie taka jest istota wiary - wierzę więc nie drążę, nie dopytuję; "szkiełko i oko" na bok. Ja nie jestem w stanie przełknąć nonsensów i po prostu psuje mi to przyjemność z oglądania.
5/10 naciągnięte przede wszystkim za techniczną wirtuozerię horroru.
