18-12-2018, 22:11
"Maglownica (1995)" nie jest jest aż tak ,,kiczowatym" filmem na jaki na pierwszy rzut oka wygląda: w grę wchodzi tytuł, który może odstraszać, ale nie robi to tak bardzo jakbyśmy sądzili. Po obejrzeniu "Maglownicy" z Tedem Levinem w roli obskurnego, niczym zgryźliwy tetryk, detektywa, którego przerasta praca i coraz cięższe przypadki zabójstw - często nieszczędzących masakry na ludziach - można ogólnie stwierdzić, że ów film nie był aż tak zły. Owszem, Levine zagrał, tak jak chciał Hooper, a wyglądało to momentalnie na zgorzkniałe okraszone wisielczym humorem zachowanie postaci Levina; przytłoczenie sprawą ,,zabójczej" Maglownicy, które odciskało ,,piętno" na psychice detektywa wyglądało groteskowo w stosunku do tego, kto był odpowiedzialny za całe zło, które weszło w Maglownicę, i w stosunku do samej monstrualnej maglownicy. Inne postacie, które również, jak detektyw wprost emanowały zwątpieniem, a często strachem i przerażeniem, na tle siejącej chaos i zniszczenie maglownicy wypadały cudacznie i eklektycznie.
Podejrzewam, że gdyby Hooper nie eksperymentował z atmosferą niniejszego filmu: półmrok, mgła wisząca w powietrzu, specyficzne nastrojowe światło, jak w slasherach z lat 80-tych, i gdyby prowodyrem całej masakry nie była... Maglownica, to z tego ,,kiczowatego" klasyku wyszłoby całkiem udane kino.
Podejrzewam, że gdyby Hooper nie eksperymentował z atmosferą niniejszego filmu: półmrok, mgła wisząca w powietrzu, specyficzne nastrojowe światło, jak w slasherach z lat 80-tych, i gdyby prowodyrem całej masakry nie była... Maglownica, to z tego ,,kiczowatego" klasyku wyszłoby całkiem udane kino.
