09-07-2019, 08:36
Czwarty odcinek z pięciu epizodów dramatu od HBO, "Czarnobyl", bo na nim, jak na razie, skończyłem oglądać serial - ostatni odcinek pozostawię sobie na później, na refleksyjne dokończenie i podsumowanie produkcji - w pewnym sensie potrafił zdestabilizować mnie psychicznie. ,,Zdestabilizować" w tym sensie, że orientując się w realiach ,,wypadku jądrowego" w elektrowni czarnobylskiej z 1986r. i w jego następstwach, potrafiło w tym epizodzie zaskoczyć mnie dramatyczne, przytłaczające ukazanie reperkusji katastrofy jądrowej w Czarnobylu, która pociągnęła za sobą w dół cały przekrój społeczeństwa: czy to bogatych, czy biednych. Bo jak widać na przykładzie wątków czwartego odcinka:
młodzieńca ,,usuwającego" zbędny napromieniowany ,,element" w postaci porzuconych zwierząt domowych i gospodarczych, co sama ta czynność dla niedoświadczonego poborowego była dość trudną moralnie decyzją, oraz posiłkując się przykładem starowinki dojącej krowę, jak co dzień, i to w rozpadającej się chałupince, gdzieś w okręgu czarnobylskim, w określonym od elektrowni zagrożonym skażeniem obszarze, która prezentowała głęboko zakorzeniony w sobie lokalny patriotyzm, nie sposób nie poddać się przemyśleniom w tym temacie. Promieniowanie, niewidzialny wróg, pochłania wszystko. Aby go powstrzymać trzeba zaangażować każdego chętnego bądź nie, tego kto się po prostu nada. I to jest ta dobra strona tego serialu. Dialogi są płynne, przechodzą przez tragizm wydarzeń i atmosferę serialu, jak przecinak. Bo jeśli chodzi o rzeczywistość, o prawdziwe fakty, obecnie, w większości obszarów Czarnobyla i Prypeci tereny te nie są w ogóle skażone. Promieniowanie jonizujące jest tu podobnego miary, co np. w centrum Warszawy; tyle wiem z filmów dokumentalnych i literatury naukowej, nigdy tam nie byłem i z mieszkającymi tam jeszcze ludźmi nie rozmawiałem. Pytanie pozostaje więc następujące: czy długotrwałe wysiedlenie kilkudziesięciu tysięcy obywateli Prypeci i okolic było potrzebne? Czy dało się to miasto uratować? Czy ,,tymczasowe", jak wskazywał matecznik radziecki, przesilenie obywateli Czarnobyla i Prypeci, mogłoby zostać odwrócone?
młodzieńca ,,usuwającego" zbędny napromieniowany ,,element" w postaci porzuconych zwierząt domowych i gospodarczych, co sama ta czynność dla niedoświadczonego poborowego była dość trudną moralnie decyzją, oraz posiłkując się przykładem starowinki dojącej krowę, jak co dzień, i to w rozpadającej się chałupince, gdzieś w okręgu czarnobylskim, w określonym od elektrowni zagrożonym skażeniem obszarze, która prezentowała głęboko zakorzeniony w sobie lokalny patriotyzm, nie sposób nie poddać się przemyśleniom w tym temacie. Promieniowanie, niewidzialny wróg, pochłania wszystko. Aby go powstrzymać trzeba zaangażować każdego chętnego bądź nie, tego kto się po prostu nada. I to jest ta dobra strona tego serialu. Dialogi są płynne, przechodzą przez tragizm wydarzeń i atmosferę serialu, jak przecinak. Bo jeśli chodzi o rzeczywistość, o prawdziwe fakty, obecnie, w większości obszarów Czarnobyla i Prypeci tereny te nie są w ogóle skażone. Promieniowanie jonizujące jest tu podobnego miary, co np. w centrum Warszawy; tyle wiem z filmów dokumentalnych i literatury naukowej, nigdy tam nie byłem i z mieszkającymi tam jeszcze ludźmi nie rozmawiałem. Pytanie pozostaje więc następujące: czy długotrwałe wysiedlenie kilkudziesięciu tysięcy obywateli Prypeci i okolic było potrzebne? Czy dało się to miasto uratować? Czy ,,tymczasowe", jak wskazywał matecznik radziecki, przesilenie obywateli Czarnobyla i Prypeci, mogłoby zostać odwrócone?
