10-05-2020, 01:39
Dom Strachów. Tak trochę na początku z podśmiechujkami, przy 0% piwie, sobie z Żoną oglądaliśmy, ale z czasem zamiast zażenowania wkradało się zaciekawienie. Amerykański slasher, bardzo typowy, ale jednak nie obrażający inteligencji widza. Jestem zaskoczony. Pozytywnie. 6/10
Uczniowska Balanga Linklatera. Nie znałem, a przeciez to reżyser za którego wiadomo trylogię stawiałbym mu pomniki. Na początku zaskoczenie, bo to takie niby American Pie w oparach grunge'u (chociaż akcja toczy się pod koniec lat 70tych). Gdzieś tam NY pachnie już Saturday Night Fever, natomiast tutaj, na amerykańskiej prowincji młodzi palą spóźnioną o dziesięć lat trawkę. I gdy wydaje się, że ta niby komedia, niby obyczajówka, nie zmierza w żadnym kierunku, to w pewnym momencie myslimy sobie: kurcze, te strzępy rozmów, ta ich naiwność, bełkotliwe rozkminy po maryśce, to wszystko jest fajne i prawdziwe. A do tego skąpane w takiej "bezpiecznej" Ameryce. Młodzi chcą zatrzymac czas, mówić "nie" dorosłości, a jednoczesnie w rozmowach ekipy Adama Goldberga czujemy strach i niepewność co do przyszłości. Trochę z nastrojami tego filmu jest tak, jak z rozkręcaniem się imprezy. Od podjarki na myśl o imprezie, poprzez zabawę, następujące po niej zmęczenie, aż po wczesno-ranne powroty z domorosłym egzystencjalizmem w tle powoli tłumionym przez potrzebę snu. Trochę aktorów od Kevina Smitha, trochę rodzących się w przyszłości karier. Affleck, McConaughey, Jason London (myślałem przez większość filmu, że to gościu od Mallratsów, a to jednak brat bliźniak), Goldberg, Jovovich, Adams. 7/10
Tyler Rake: Ocalenie. Technicznie super (chociaż nigdy nie polubię tego typu kręcenia w ruchu, które zawsze najbardziej irytuje chyba w Helikopterze w ogniu), historia poprawna, jakiś realizm, ale nic więcej. Troche na raz, a jakąś tam fale goryczy przelewa rozmowa naszego głównego bohatera z młodym hindusem, w której zabójca-najemnik ze łzami w oczach otwiera się przed synem gangstera. 5/10
Thor. Gdzieś tam jeszcze czuć minimalizm w tej marvelowskiej produkcji. Nie jest to wszystko jeszcze tak rozbuchane. I chyba za mało w tej opowieści lodowych gigantów. Szkoda, że historia nie poszła w tym (w ich) kierunku. Do tego Natalie Portman nie ma szczęścia do melodramatyzmu w superprodukcjach. Skasztaniła tym Gwiezdne Wojny, a i tutaj wątek miłosny powoduje zgrzytanie zębów. 4.5/10
Diuna Lyncha. Dałem sobie szansę po latach. I stare grzechy wróciły. To nie był jeszcze czas na ekranizację Herberta. Trochę to wszystko drewniane, a efekty i kreowany świat nie przetrwały próby czasu. Kilku znakomitych aktorów przegląda się w krzywym zwierciadle i nie (chce) może odnaleźć się w takiej konwencji. Film wydaje się nie mieć tempa i drażni "pociętością". 4/10
Opowieści z Ziemiomorza. Studio Ghibli nadal na rozkładzie. Wizualnie i pod kątem historii poprawnie, ale zabrakło magicznego pierwiastka Spirited Away czy Ruchomego Zamku. Bardzo konwencjonalnie i tylko solidnie. 6/10
Szcżeki 3-D. Nie takie słabe kino jak je malują. Nie mamy Moby'ego Dicka jak w pierwszej części, nie mamy udanego flirtu z komercją, ale ten film jest tak głupi, że nie wypada nie obejrzec go do końca. 4/10
Devs (sezon 1). Garland w swoim stylu. Dużo nasłoneczniono-mgielnych ujęć jakby Alexis Colby chciała uniknąć zmarszczek na ekranie. Przy drugim odcinku, z motywem przewodnim od moich ulubienców z Low, gdzies tam jeszcze miałem nadzieje. Potem średnie aktorstwo spotyka naukowa nudę i egzystencjalne rozkminy z zaciśniętymi posladkami. Ogląda sie dobrze, ale to tylko 5.5/10
Lupin Trzeci: Zamek Cagliostro. Myslałem, że to taki Miyazaki jeszcze niezdefiniowany, przedghibliowy, słaby. A tutaj otrzymujemy fajnie poskładana historie rodem z bondowskich przygód. Lekką, czasem zaskakująca, czasem zabarwioną typowym, azjatyckim humorem. Raczej bez drugiego dna. Czysta, przygodowa rozrywka. 7/10
Mandy. Pomysł znakomity. Zwłaszcza pierwsza, oniryczno-senna połowa filmu powoduje szerokouste wow. Czuć Refna z okolic Tylko Bóg Wybacza. Potem jednak wkrada się John Wicka, a Cage zaczyna śmieszyć z każdą minutą swojej Vendetty. Do tego jakość tego filmu na netflixie to masakra co psuło trochę odbiór. 6/10
Ziarno Prawdy. Anioły i Demony po polsku. Solidnie i bez fajerwerków. Więckiewicz irytuje równie mocno jak Hanks grający Langdona. 5/10
Ostatni Taniec na netflixie (pierwsze 6 odcinków). Łatwo i przyjemnie sie ogląda. Bo to historia z mojego ulubionego okresu koszykarskiej, zawodowej ligi. Gdy sie człowiek interesował, gdy nie spał, gdy spisywał sobie z telegazety składy. Pistonsi i moja fascynacja Bad Boysami, a zwłaszcza Isiahą Thomasem. Ciężko nie było kochać kogoś od takim nazwisku. Potem to juz tylko Chicago. Jordan był. Był najwybitniejszym koszykarzem w historii. Musiał być, bo dzięki niemu wygrywali Ci dla mnie najbardziej kluczowi. Scottie, Dennis (moje uwielbienie dla Pearl Jamu w tamtym czasie miało znaczenie), Tony. Szkoda tylko, że póki co tak mało było Kukoca. Historia na siedem, oczko plus za sentymenty. Przewidywalna, dobrze pokazana. Jordan to by jednak pieprzony Bóg tego sportu. 8/10. Czekam na resztę
Cudowny Chłopak. Od takich historii mdli. Takie historie tworzy się na korporacyjnej burzy mózgów. Tutaj zrobimy tak, bo to zadziała na Grażyny, tutaj umrze piesek, tutaj ktoś zagra na pianinie smutna melodię, a tutaj wszyscy złapią się za ręce, tutaj damy sundance'owa czcionkę w stylu Juno dla tytułu. Plusem ich jest jedynie to, że niosą uniwersalne przesłanie. Ale sa zbyt koniunkturalne. A można to zrobić lepiej, ze smakiem, co udowodnił swoim Restless Van Sandt. 5/10
Zombie Express. Kiedys obejrzałem jakiś środkowy fragment filmu i zakodowałem w głowie: cos tam trochę śmiesznego o szybkich zombiakach. W koncu odpaliłem od początku i nieźle się wkręciłem. Fajnie rozpisane role, może i czasem przewidywalnie opuszczające ekran, ale którym twardo i z przyjemnością można kibicować. Zdecydowanie bardziej wolę podróżować tym ekspresem niż arka przyszłości (Snowpiercerem). 7.5/10
Szczęki 2. Tak trochę porównuję Jaws do opowieści o Terminatorach. Jedynka z klimatem i Roy'em Scheiderem jako swoistym kapitanem Ahabem, minimalistyczna, mroczna niczym postapokaliptyczny T1. Dwójka to już typowa, komercyjna, a przy tym znakomita superprodukcja (podobnie jak T2). Chciwi miejscowi politycy i biznesmeni, nastolatkowie na żaglach, podejrzliwy i zapobiegawczy gliniarz ze swoim nosem oraz zdecydowanie więcej rekina. 7/10
Rejs. Bawi zawsze tak samo mocno. Zrobić film o niczym, który jest filmem o czymś. Offowość spotyka kabaret. Anglicy mieli Monty Pythona, my mieliśmy Tyma, Himilsbacha czy Maklakiewicza. No i na tabliczce z rozkładem dostrzegłem Grudziądz. Miły akcent dla kogoś kto kilkanaście lat tam spędził. 7/10
Unorthodox. Zmęczyłem. Ultraortodoksyjni Żydzi i pokazanie ich świata na plus. "Przygody" głównej bohaterki juz mniej. Grubymi nićmi to szyte, zabrakło realizmu i lekkości. 5.5/10
Twin Peaks sezon 3. W sumie napisałbym coś więcej, ale nie potrafię. Póki co. Nadal mi smutno, nadal jestem pozamiatany. Lynch rozprawił się ze starymi Twin Peaksem znakomicie. Rozprawił się też z oczekiwaniami widza, a przy tym zwyciężył. Tak trochę ciężko teraz oglądać te wszystkie przehajpowane, amerykańskie seriale, z niby rozbudowana fabułą, niby czymś ważnym w treści. A to wszystko przez Davida. A jeszcze jak człowiek poczyta to co wychwycili mądrzejsi od niego i stwierdza: ja pier..lę, rzeczywiście. W jednym cameo Cery (stylizowany na Marlona Brando) udającym syna Lucy i Andy'ego jest więcej treści niż w połowie Netflixowych seriali. A do tego wzruszające pożegnanie z Pieńkową Damą czy wątek z "autystycznym" Dougiem 9/10
Uczniowska Balanga Linklatera. Nie znałem, a przeciez to reżyser za którego wiadomo trylogię stawiałbym mu pomniki. Na początku zaskoczenie, bo to takie niby American Pie w oparach grunge'u (chociaż akcja toczy się pod koniec lat 70tych). Gdzieś tam NY pachnie już Saturday Night Fever, natomiast tutaj, na amerykańskiej prowincji młodzi palą spóźnioną o dziesięć lat trawkę. I gdy wydaje się, że ta niby komedia, niby obyczajówka, nie zmierza w żadnym kierunku, to w pewnym momencie myslimy sobie: kurcze, te strzępy rozmów, ta ich naiwność, bełkotliwe rozkminy po maryśce, to wszystko jest fajne i prawdziwe. A do tego skąpane w takiej "bezpiecznej" Ameryce. Młodzi chcą zatrzymac czas, mówić "nie" dorosłości, a jednoczesnie w rozmowach ekipy Adama Goldberga czujemy strach i niepewność co do przyszłości. Trochę z nastrojami tego filmu jest tak, jak z rozkręcaniem się imprezy. Od podjarki na myśl o imprezie, poprzez zabawę, następujące po niej zmęczenie, aż po wczesno-ranne powroty z domorosłym egzystencjalizmem w tle powoli tłumionym przez potrzebę snu. Trochę aktorów od Kevina Smitha, trochę rodzących się w przyszłości karier. Affleck, McConaughey, Jason London (myślałem przez większość filmu, że to gościu od Mallratsów, a to jednak brat bliźniak), Goldberg, Jovovich, Adams. 7/10
Tyler Rake: Ocalenie. Technicznie super (chociaż nigdy nie polubię tego typu kręcenia w ruchu, które zawsze najbardziej irytuje chyba w Helikopterze w ogniu), historia poprawna, jakiś realizm, ale nic więcej. Troche na raz, a jakąś tam fale goryczy przelewa rozmowa naszego głównego bohatera z młodym hindusem, w której zabójca-najemnik ze łzami w oczach otwiera się przed synem gangstera. 5/10
Thor. Gdzieś tam jeszcze czuć minimalizm w tej marvelowskiej produkcji. Nie jest to wszystko jeszcze tak rozbuchane. I chyba za mało w tej opowieści lodowych gigantów. Szkoda, że historia nie poszła w tym (w ich) kierunku. Do tego Natalie Portman nie ma szczęścia do melodramatyzmu w superprodukcjach. Skasztaniła tym Gwiezdne Wojny, a i tutaj wątek miłosny powoduje zgrzytanie zębów. 4.5/10
Diuna Lyncha. Dałem sobie szansę po latach. I stare grzechy wróciły. To nie był jeszcze czas na ekranizację Herberta. Trochę to wszystko drewniane, a efekty i kreowany świat nie przetrwały próby czasu. Kilku znakomitych aktorów przegląda się w krzywym zwierciadle i nie (chce) może odnaleźć się w takiej konwencji. Film wydaje się nie mieć tempa i drażni "pociętością". 4/10
Opowieści z Ziemiomorza. Studio Ghibli nadal na rozkładzie. Wizualnie i pod kątem historii poprawnie, ale zabrakło magicznego pierwiastka Spirited Away czy Ruchomego Zamku. Bardzo konwencjonalnie i tylko solidnie. 6/10
Szcżeki 3-D. Nie takie słabe kino jak je malują. Nie mamy Moby'ego Dicka jak w pierwszej części, nie mamy udanego flirtu z komercją, ale ten film jest tak głupi, że nie wypada nie obejrzec go do końca. 4/10
Devs (sezon 1). Garland w swoim stylu. Dużo nasłoneczniono-mgielnych ujęć jakby Alexis Colby chciała uniknąć zmarszczek na ekranie. Przy drugim odcinku, z motywem przewodnim od moich ulubienców z Low, gdzies tam jeszcze miałem nadzieje. Potem średnie aktorstwo spotyka naukowa nudę i egzystencjalne rozkminy z zaciśniętymi posladkami. Ogląda sie dobrze, ale to tylko 5.5/10
Lupin Trzeci: Zamek Cagliostro. Myslałem, że to taki Miyazaki jeszcze niezdefiniowany, przedghibliowy, słaby. A tutaj otrzymujemy fajnie poskładana historie rodem z bondowskich przygód. Lekką, czasem zaskakująca, czasem zabarwioną typowym, azjatyckim humorem. Raczej bez drugiego dna. Czysta, przygodowa rozrywka. 7/10
Mandy. Pomysł znakomity. Zwłaszcza pierwsza, oniryczno-senna połowa filmu powoduje szerokouste wow. Czuć Refna z okolic Tylko Bóg Wybacza. Potem jednak wkrada się John Wicka, a Cage zaczyna śmieszyć z każdą minutą swojej Vendetty. Do tego jakość tego filmu na netflixie to masakra co psuło trochę odbiór. 6/10
Ziarno Prawdy. Anioły i Demony po polsku. Solidnie i bez fajerwerków. Więckiewicz irytuje równie mocno jak Hanks grający Langdona. 5/10
Ostatni Taniec na netflixie (pierwsze 6 odcinków). Łatwo i przyjemnie sie ogląda. Bo to historia z mojego ulubionego okresu koszykarskiej, zawodowej ligi. Gdy sie człowiek interesował, gdy nie spał, gdy spisywał sobie z telegazety składy. Pistonsi i moja fascynacja Bad Boysami, a zwłaszcza Isiahą Thomasem. Ciężko nie było kochać kogoś od takim nazwisku. Potem to juz tylko Chicago. Jordan był. Był najwybitniejszym koszykarzem w historii. Musiał być, bo dzięki niemu wygrywali Ci dla mnie najbardziej kluczowi. Scottie, Dennis (moje uwielbienie dla Pearl Jamu w tamtym czasie miało znaczenie), Tony. Szkoda tylko, że póki co tak mało było Kukoca. Historia na siedem, oczko plus za sentymenty. Przewidywalna, dobrze pokazana. Jordan to by jednak pieprzony Bóg tego sportu. 8/10. Czekam na resztę
Cudowny Chłopak. Od takich historii mdli. Takie historie tworzy się na korporacyjnej burzy mózgów. Tutaj zrobimy tak, bo to zadziała na Grażyny, tutaj umrze piesek, tutaj ktoś zagra na pianinie smutna melodię, a tutaj wszyscy złapią się za ręce, tutaj damy sundance'owa czcionkę w stylu Juno dla tytułu. Plusem ich jest jedynie to, że niosą uniwersalne przesłanie. Ale sa zbyt koniunkturalne. A można to zrobić lepiej, ze smakiem, co udowodnił swoim Restless Van Sandt. 5/10
Zombie Express. Kiedys obejrzałem jakiś środkowy fragment filmu i zakodowałem w głowie: cos tam trochę śmiesznego o szybkich zombiakach. W koncu odpaliłem od początku i nieźle się wkręciłem. Fajnie rozpisane role, może i czasem przewidywalnie opuszczające ekran, ale którym twardo i z przyjemnością można kibicować. Zdecydowanie bardziej wolę podróżować tym ekspresem niż arka przyszłości (Snowpiercerem). 7.5/10
Szczęki 2. Tak trochę porównuję Jaws do opowieści o Terminatorach. Jedynka z klimatem i Roy'em Scheiderem jako swoistym kapitanem Ahabem, minimalistyczna, mroczna niczym postapokaliptyczny T1. Dwójka to już typowa, komercyjna, a przy tym znakomita superprodukcja (podobnie jak T2). Chciwi miejscowi politycy i biznesmeni, nastolatkowie na żaglach, podejrzliwy i zapobiegawczy gliniarz ze swoim nosem oraz zdecydowanie więcej rekina. 7/10
Rejs. Bawi zawsze tak samo mocno. Zrobić film o niczym, który jest filmem o czymś. Offowość spotyka kabaret. Anglicy mieli Monty Pythona, my mieliśmy Tyma, Himilsbacha czy Maklakiewicza. No i na tabliczce z rozkładem dostrzegłem Grudziądz. Miły akcent dla kogoś kto kilkanaście lat tam spędził. 7/10
Unorthodox. Zmęczyłem. Ultraortodoksyjni Żydzi i pokazanie ich świata na plus. "Przygody" głównej bohaterki juz mniej. Grubymi nićmi to szyte, zabrakło realizmu i lekkości. 5.5/10
Twin Peaks sezon 3. W sumie napisałbym coś więcej, ale nie potrafię. Póki co. Nadal mi smutno, nadal jestem pozamiatany. Lynch rozprawił się ze starymi Twin Peaksem znakomicie. Rozprawił się też z oczekiwaniami widza, a przy tym zwyciężył. Tak trochę ciężko teraz oglądać te wszystkie przehajpowane, amerykańskie seriale, z niby rozbudowana fabułą, niby czymś ważnym w treści. A to wszystko przez Davida. A jeszcze jak człowiek poczyta to co wychwycili mądrzejsi od niego i stwierdza: ja pier..lę, rzeczywiście. W jednym cameo Cery (stylizowany na Marlona Brando) udającym syna Lucy i Andy'ego jest więcej treści niż w połowie Netflixowych seriali. A do tego wzruszające pożegnanie z Pieńkową Damą czy wątek z "autystycznym" Dougiem 9/10
