25-05-2020, 08:36
Kultura, ikona, legenda, i ponadczasowy znak i abstrakt sportu! Tym dla mnie był, jest i będzie Michael Jordan, w tym jego lata spędzone w Chicago Bulls; sam zespół rzecz jasna również. To wszystko, nie ukrywam, znam jednak z licznych opowieści, z źródeł ,,internetów", czy z tego, co o MJ-u i Bulls mówią dzisiejsi, i jakąś dekadę wstecz, zawodowi koszykarze: kim dla nich jest magiczna piątka z wietrznego miasta, co osobiście znaczy dla nich Jordan i jak jego gra wpłynęła na to gdzie, dlaczego i kim są obecnie. Magia ,,Byków", czar Jordana, o tak! Zdaje się to piękna rzecz, jednak z mojej strony wygląda to następująco: nie odczuwam do tamtych czasów - głównie NBA lat końca 80-tych, 90-tych XX wieku - dużego sentymentu i nie wiadomo jak dużego przywiązania. Kiedy Jordan wchodził w szeregi zawodowstwa NBA, kiedy z meczu na mecz, z sezonu na sezon, się rozwijał i odnosił w końcu te największe, niezapomniane sukcesy, ja... albo mnie na świecie jeszcze nie było, albo ,,srałem w pieluchy" lub oglądałem cały dzień, w weekend, przed szkołą i po szkole, kreskówki (najczęściej superbohaterskie),, lub czytałem komiksy z Kaczora Donalda za 5zł lub coś od naszego wydawcy, "TM-Semic". Za nic w świecie nie myślałem wtenczas o koszykówce. Jedyna moja znajomość tej dyscypliny sportu polegała na wrzucaniu piłki do kosza lub ,,czegoś podobnego" w chwycie ,,spod baby". Dzisiaj to już zupełnie inna bajka. Moje zainteresowanie NBA, koszykówką polską, europejską i pozostałymi ligami zawodowymi są dość spore. Przy NBA trwam najdłużej; ligę śledzę intensywnie od 2009 roku. Sam grałem w koszykówkę, jako rozgrywający i silny rzucający, w ,,takich tam" licealno-osiedlowych rozgrywkach...
Kto wie, "Ostatni Taniec", możliwe, że kiedyś obejrzę. Jak widać nie spieszy mi się do koniecznego, jak najszybszego, doświadczenia tej produkcji. A tym czasem Netflix zmierza w dobrym serialowym kierunku. Zapowiada się wyjątkowo, bo już dzisiaj na platformie premiera serialu "Snowpiercer", bazującego na kultowym, współczesnym obrazie kina postapokaliptycznego z 2013 roku, z Chrisem Evansem w roli głównej. Za następne 4 dni Netflix zaprezentuje nam swojego komediowego rodzynka, "Siły Kosmiczne" - pierwszy sezon serialu ze Stevem Carellem ("Evan Wszechmogący", "The Office", "Get Smart" etc.). Będzie ciekawie; tytuł, możliwe, że pociągnie i przedłuży ten specyficzny humor z "The Office", który miał w sobie chyba najwięcej Carella w Carell za starych dobrych czasów. I na dokładkę, byłbym zapomniał, drugi sezon mocno swojskiego, zaściankowego, odjechanego na maksa animowanego absurdu "Chłopaków z Baraków" - również od Netflixa - którego nawet w tejże przerysowanej, flashowej wersji kreskówkowej, nie da się nie lubić i nie oglądać.
Kto wie, "Ostatni Taniec", możliwe, że kiedyś obejrzę. Jak widać nie spieszy mi się do koniecznego, jak najszybszego, doświadczenia tej produkcji. A tym czasem Netflix zmierza w dobrym serialowym kierunku. Zapowiada się wyjątkowo, bo już dzisiaj na platformie premiera serialu "Snowpiercer", bazującego na kultowym, współczesnym obrazie kina postapokaliptycznego z 2013 roku, z Chrisem Evansem w roli głównej. Za następne 4 dni Netflix zaprezentuje nam swojego komediowego rodzynka, "Siły Kosmiczne" - pierwszy sezon serialu ze Stevem Carellem ("Evan Wszechmogący", "The Office", "Get Smart" etc.). Będzie ciekawie; tytuł, możliwe, że pociągnie i przedłuży ten specyficzny humor z "The Office", który miał w sobie chyba najwięcej Carella w Carell za starych dobrych czasów. I na dokładkę, byłbym zapomniał, drugi sezon mocno swojskiego, zaściankowego, odjechanego na maksa animowanego absurdu "Chłopaków z Baraków" - również od Netflixa - którego nawet w tejże przerysowanej, flashowej wersji kreskówkowej, nie da się nie lubić i nie oglądać.
