Miało być o brytyjskiej muzyce, ale ona musi poczekać, bo Gieferg przywołał w swoim poście Kanadyjczyków z Our Lady Peace. Dlatego w tym odcinku historia o mojej słabości w latach 90tych do zespołów grających "trochę ciężej od REMu (mówimy o tym bardziej rockowych ich obliczu z lat 90tych niż o janglowym, eightiesowym okresie), a trochę lżej od Pearl Jamu", które pojawiały się w ilościach sporych w amerykańskich rozgłośniach koledżowych i które zaczęły podpisywać kontrakty z dużymi wytwórniami. Co z tego, że jeszcze parę lat wczesniej chciałyby być nowymi Gunsami, a pod koniec lat 90tych stwierdziłyby (stwierdzały), że może warto byłoby być drugoligowym Kornem 
Seven Mary Three. Chyba po raz pierwszy usłyszałem w Trójce u Marka Wiernika (tak na marginesie, szkoda, że Pan Marek stanął po niewłaściwej stronie we wiadomym konflikcie radiowym). To musiał być 1995 rok, okolice wydania ich drugiej płyty zatytułowanej American Standard. Potem jeszcze podsłuchiwałem kilku niezłych piosenek z dwóch następnych albumów, ze wskazaniem na płytę Orange Ave. Ogólnie zespoły z tego wątku nie są kapelami całych płyt. Pozostało po nich kilka niezłych piosenek (winić też można sentyment) i to głównie dla fanów takiej macho-rockowej (grzebiącej nieco ideały iksowej generacji, wyrosłej na dźwiękach z Seattle), post-grunge'owej stylistyki. Wracając do wiernikowej audycji to z odbiornika poleciało to
Candlebox. Tutaj winna była MTV. Powstali w 91 w Seattle ale raczej nikt poważnie ich tam nie traktował. Nie zmienia to faktu, że kontrakt podpisała z nimi Madonna, a ich debiut z 93 roku był pierwszym albumem wydanym przez jej Maverick. Ogólnie pierwsza płyta to solidne granie. Pamiętam też, że w ucho wpadło mi kilka dźwięków z ich trzeciej płyty (Happy Pills). W tym okresie bębnił u nich znany z płyty Ten, pierwszy perkusista Pearl Jamu, Dave Krusen. To tak z ciekawostek.
Collective Soul. Shine z debiutu było hitem akademickich rozgłośni, ale dopiero ich drugi album (wydany w 95 roku, a zatytułowany po prostu Collective Soul) zrobił nieco więcej zamieszania. I głównie on warty jest polecenia. Ze wskazaniem na ten fragment, który po raz pierwszy miałem okazję zobaczyć na Polonii Jeden, gdzieś w okolicach późnego popołudnia, przed lub po piłkarskich przygodach Tsubasy Ozory
Better Than Ezra. Na tych natrafiłem przy okazji notorycznego oglądania Vivy 2 i premiery ich trzeciej płyty zatytułowanej Friction, Baby. Ten fragment lubiłem w 1996 bardzo. Pewnie był wysoko w prowadzonych zeszytach z prywatnymi listami przebojów. Szkoda, że poginęły
Tonic. Tutaj ważny był debiut, Lemon Parade. Też z 1996. Mieli wówczas swój czas, a Ameryka ich kochała. Reszta znała głównie pochodzące z niej, zaraźliwie przebojowe If You Could Only See. Niedźwiedź często grał u siebie.
Our Lady Peace. Wspomniani już Kanadyjczycy. Prowadziłem wówczas swoje audycje w lokalnym radiu i tam przychodziło mnóstwo singli od wytwórni plus biuletyny z informacjami o zespołach. Internet raczkował i ta wiedza z opisów była na wagę złota. Tam chyba na nich trafiłem. I na ich muzykę z drugiej płyty (Clumsy). Najbardziej polubiłem nagranie tytułowe
Moist. Pozostajemy w Kanadzie. (Podczas studiów w Toruniu) kupiłem, w tamtejszym starorynkowym komisie, ich trzecią płytę zatytułowaną Creature. Chyba najlepszą, chociaż niektórzy na równi z nią stawiają wcześniejsze Silver (nie wiem, nie miałem okazji). Niektóre fragmenty z niej bronią się do dziś
Dishwalla. W Trójce Paweł Kostrzewa często liczył smutne samochody, a my, słuchacze, razem z nim. Pet Your Friends było do bólu, po amerykańsku przebojowe i gdzieś tam było pomostem pomiędzy seattle'owskimi smutkami, a Bon Jovi okresu Keep the Faith. Potem jeszcze miałem czas na zarejestrowanie solidnych (w gatunku) albumów nr 2 i nr 3 (to na niej znalazło się świetne Every Little Thing). I chyba tyle. Chociaż jeszcze wspomnę, że na swoim debiucie scoverował ich Tomek Makowiecki.
The Wallflowers. Tutaj warta odnotowania druga płyta. Rok 1996, album Bringing Down the Horse. Dwa mocne single: 6th Avenue Heartache oraz One Highlight. Założycielem i liderem był Jakob Dylan. Syn Boba. Fani soundtracków mogą pamiętać ich cover Bowiego ze ścieżki do Godzilli z 1998.
Counting Crows. Tutaj to już inna liga. Myślę, że "Sierpień i wszystko co po nim" to spokojnie top 200 moich płyt wszechczasów. Co ciekawe to też sukces komercyjny. 10 milionów egzemplarzy sprzedanych na całym świecie. Może i konwencja trąci już myszką, ale chodzi o znakomite, nieco teatralnie i emocjonalnie zinterpretowane przez Adama Duritza, piosenki... Mr. Jones to spory hit, ale tam bywają jeszcze lepsze, muzyczne sytuacje z moim ulubionym Round Here, na czele. Sofomor w postaci Recovering the Satellites też z ethanowym znakiem jakości. A potem byli po prostu przyjemnie solidni
CDN (podobnie jak w przypadku brytyjskich zespołów)

Seven Mary Three. Chyba po raz pierwszy usłyszałem w Trójce u Marka Wiernika (tak na marginesie, szkoda, że Pan Marek stanął po niewłaściwej stronie we wiadomym konflikcie radiowym). To musiał być 1995 rok, okolice wydania ich drugiej płyty zatytułowanej American Standard. Potem jeszcze podsłuchiwałem kilku niezłych piosenek z dwóch następnych albumów, ze wskazaniem na płytę Orange Ave. Ogólnie zespoły z tego wątku nie są kapelami całych płyt. Pozostało po nich kilka niezłych piosenek (winić też można sentyment) i to głównie dla fanów takiej macho-rockowej (grzebiącej nieco ideały iksowej generacji, wyrosłej na dźwiękach z Seattle), post-grunge'owej stylistyki. Wracając do wiernikowej audycji to z odbiornika poleciało to
Candlebox. Tutaj winna była MTV. Powstali w 91 w Seattle ale raczej nikt poważnie ich tam nie traktował. Nie zmienia to faktu, że kontrakt podpisała z nimi Madonna, a ich debiut z 93 roku był pierwszym albumem wydanym przez jej Maverick. Ogólnie pierwsza płyta to solidne granie. Pamiętam też, że w ucho wpadło mi kilka dźwięków z ich trzeciej płyty (Happy Pills). W tym okresie bębnił u nich znany z płyty Ten, pierwszy perkusista Pearl Jamu, Dave Krusen. To tak z ciekawostek.
Collective Soul. Shine z debiutu było hitem akademickich rozgłośni, ale dopiero ich drugi album (wydany w 95 roku, a zatytułowany po prostu Collective Soul) zrobił nieco więcej zamieszania. I głównie on warty jest polecenia. Ze wskazaniem na ten fragment, który po raz pierwszy miałem okazję zobaczyć na Polonii Jeden, gdzieś w okolicach późnego popołudnia, przed lub po piłkarskich przygodach Tsubasy Ozory
Better Than Ezra. Na tych natrafiłem przy okazji notorycznego oglądania Vivy 2 i premiery ich trzeciej płyty zatytułowanej Friction, Baby. Ten fragment lubiłem w 1996 bardzo. Pewnie był wysoko w prowadzonych zeszytach z prywatnymi listami przebojów. Szkoda, że poginęły
Tonic. Tutaj ważny był debiut, Lemon Parade. Też z 1996. Mieli wówczas swój czas, a Ameryka ich kochała. Reszta znała głównie pochodzące z niej, zaraźliwie przebojowe If You Could Only See. Niedźwiedź często grał u siebie.
Our Lady Peace. Wspomniani już Kanadyjczycy. Prowadziłem wówczas swoje audycje w lokalnym radiu i tam przychodziło mnóstwo singli od wytwórni plus biuletyny z informacjami o zespołach. Internet raczkował i ta wiedza z opisów była na wagę złota. Tam chyba na nich trafiłem. I na ich muzykę z drugiej płyty (Clumsy). Najbardziej polubiłem nagranie tytułowe
Moist. Pozostajemy w Kanadzie. (Podczas studiów w Toruniu) kupiłem, w tamtejszym starorynkowym komisie, ich trzecią płytę zatytułowaną Creature. Chyba najlepszą, chociaż niektórzy na równi z nią stawiają wcześniejsze Silver (nie wiem, nie miałem okazji). Niektóre fragmenty z niej bronią się do dziś
Dishwalla. W Trójce Paweł Kostrzewa często liczył smutne samochody, a my, słuchacze, razem z nim. Pet Your Friends było do bólu, po amerykańsku przebojowe i gdzieś tam było pomostem pomiędzy seattle'owskimi smutkami, a Bon Jovi okresu Keep the Faith. Potem jeszcze miałem czas na zarejestrowanie solidnych (w gatunku) albumów nr 2 i nr 3 (to na niej znalazło się świetne Every Little Thing). I chyba tyle. Chociaż jeszcze wspomnę, że na swoim debiucie scoverował ich Tomek Makowiecki.
The Wallflowers. Tutaj warta odnotowania druga płyta. Rok 1996, album Bringing Down the Horse. Dwa mocne single: 6th Avenue Heartache oraz One Highlight. Założycielem i liderem był Jakob Dylan. Syn Boba. Fani soundtracków mogą pamiętać ich cover Bowiego ze ścieżki do Godzilli z 1998.
Counting Crows. Tutaj to już inna liga. Myślę, że "Sierpień i wszystko co po nim" to spokojnie top 200 moich płyt wszechczasów. Co ciekawe to też sukces komercyjny. 10 milionów egzemplarzy sprzedanych na całym świecie. Może i konwencja trąci już myszką, ale chodzi o znakomite, nieco teatralnie i emocjonalnie zinterpretowane przez Adama Duritza, piosenki... Mr. Jones to spory hit, ale tam bywają jeszcze lepsze, muzyczne sytuacje z moim ulubionym Round Here, na czele. Sofomor w postaci Recovering the Satellites też z ethanowym znakiem jakości. A potem byli po prostu przyjemnie solidni
CDN (podobnie jak w przypadku brytyjskich zespołów)
