08-10-2021, 08:30
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08-10-2021, 08:30 przez fire_caves.)
Co to dużo pisać... Obejrzałem dwa i pół pierwszego odcinka (doszedłem do momentu, w którym upewniłem się, że wątki pierwszego rozdziału książki są zamknięte) i nie mogę powiedzieć żeby cokolwiek co zobaczyłem mnie zdziwiło. Hollywoodzkie ekranizacje czy adaptacje są bardzo przewidywalne. Zrobię teraz małą dekonstrukcję i przejdę do syntezy.
1. Postaci - zmiana płci protagonisty pierwszego rozdziału książki jest absolutnie transparentna. Nie ma tu nic do powiedzenia. Płeć postaci nie miała żadnego znaczenia w książce, a rozumiem powody, dla których ją zmieniono w serialu. Cała "Fundacja" jest wypełniona mężczyznami i z dzisiejszych pozycji nie ma jak tego obronić. Dodatkowo brak kobiet nie pomaga narracji i dramaturgii, gdyż może brakować napięcia emocjonalnego (no, chyba że komuś chodzi po głowie gejowski romans, ale jeśli podmianka płci komuś przeszkadza, to geje w kosmosie pewnie wywaliłyby mu mózg na orbitę geostacjonarną). Hari Seldon zagrany ok - budzi respekt i uznanie, ma chłop gadane co widać w scenie w pralni. Szkoda, że nie ma go więcej i nie mówię o ilości czasu, ale tego co ma w narracji do zrobienia. W książce był to pewny siebie geniusz, który de facto subtelnie pociągał za niewidzialne sznurki. Tutaj tego się nie odczuwa, widać tylko jego pewność siebie. Kreacja Imperatora Cleona Dnia (w tej roli Lee Pace) najbardziej chyba zapadająca w pamięć. Moim zdaniem pomysł z graniem ze sztuczną, nadętą manierą wypalił - mamy tutaj pełnokrwisty czarny charakter, ze swoimi motywacjami, bardzo teatralny. Może nie realistyczny, ale jaki zabawny. Ranek i Zmierzch jakoś mnie nie porwali. Na końcu Demerzel, która, przyznają, ma ciekawą rolę "matki królów", ale jej wątek mógłby być bardziej pociągnięty (i może jeszcze będzie?) by to wszystko ładnie wybrzmiało. No i doktor Julian Bashir jako prokurator w scenach sądu
2. Fabuła - biorąc pod uwagę, że nakręcono dwa, bodaj godzinne odcinki na bazie 29 stron tekstu (moje wydanie - Rebis 2018) to nie dziwota, że skończyło się jak się skończyło. 2/3 wydarzeń pokazanych w serialu nie ma związku z książką. Ta "Fundacja" przypomina trochę watę cukrową - w środku jest patyczek zrobiony z fabuły i postaci z książki, a na niego nawinięto mnóstwo wątków, wydarzeń i nowych postaci. Być może to porównanie jest trochę nie fair. Cały dramat opleciony wokół Imperatora(ów) nie jest taki najgorszy i... zastanawiam się, czy nie lepiej byłoby zrobić serię oryginalną na bazie właśnie takich rozterek władzy - taka trochę "Gra o Tron" a trochę "House of Cards" tylko że w roku 12 tysięcznym. Tu nie można zapomnieć o wątku windy orbitalnej. Zęby mnie bolały jak ten koncept przedstawiono. Raz, że nie wiadomo po co ona jest - cywilizacja galaktyczna, która opanowała antygrawitację nie powinna mieć problemu z wysyłaniem czegokolwiek na orbitę, więc potrzeba budowania takiej windy jest zerowa. Nawet w celach prestiżowych nie widzę tu za bardzo sensu, zwłaszcza, że aby zbudować takiego potwora jak to ukazano w serialu potrzeba by więcej zasobów niż ma jedna planeta. Z kolei dwie takie eksplozje jak pokazano nie powinny mieć tak tragicznego rezultatu. No chyba, że architekci i inżynierowie, którzy ją wybudowali byli absolutnymi idiotami. Wmontowano jednak takie 9/11 do fabuły i nic na to nie poradzimy. Przynajmniej zakończenie wątku zamachu było satysfakcjonujące, bo Lee Pace znów miał okazję poczarnocharakterzyć. Nie przekonał mnie wątek obyczajowy (obowiązkowe buzi-dupci w każdym odcinku) - wiadomo po co to jest wklejone, ale dla mnie zupełnie zbędne. A już skrajnie udramatyzowane morderstwo Seldona i Gaal służy tylko tanim emocjom.
3. "Look" serialu - jest pięknie, ale... Począwszy od wodnych pejzaży Synnax, przez osobliwości zasilające napęd okrętów, kończąc na widokach nieskończonego miasta Trantora i surowej powierzchni Terminusa - jest różnorodnie i ładnie. Sęk w tym, że wszystko już wcześniej widzieliśmy. Wodne miasto? - proszę bardzo: Lake Town w "Hobbicie". Czarna dziura - nie ma sprawy: "Interstellar". Lodowe pustkowie - od "Prometheusa" po "Star Trek: Discovery". Poruszający się obraz/malowidło na ścianie - "Man of Steel" i "Guardians of the Galaxy vol. 2". Olbrzymia metropolia - nawet nie trzeba wymieniać. Generalnie wszystko jest w serialu wycyzelowane (no, może poza jednym ujęciem latającego samochodu w sekwencji otwierającej) ale oglądając nie mogłem się pozbyć uczucia, że gdzieś już to widziałem. Nawet czołówka serialu, w której ziarenka (piasku) tworzą rozmaite obiekty też wywodzi się z popularnego obecnie trendu (znowu - "Star Trek: Discovery" na przykład ma podobną czołówkę).
4. Muzyka - Bear McCreary podaje ładne dźwięki, ale do jego niezwykłych i nieco tajemniczych kompozycji z "Battlestar Galactica" sporo brakuje. Żaden temat nie zapadł mi w pamięć. Tak więc jest więcej niż poprawnie, ale nie zachwyca.
Podsumowując - tak jak napisałem we wstępie - potraktowanie książki jako bazy do opowiedzenia własnych historii nie budzi (już) we mnie emocji. Być może te historie, które chcą opowiedzieć Josh Friedman i David S. Goyer miałyby swoją rację bytu jako zupełnie nie związana z dziełem Asimova narracja. W tym sensie jest mi może trochę tylko przykro, że dzieło giganta literatury sci-fi zostało potraktowane jako prosta trampolina do sukcesu. Sukcesu, który na chwilę obecną nie wydaje mi się zagwarantowany.
Ocena: 6.5/10
-----
Szybko poszło: pomimo ledwo ciepłej reakcji widzów i krytyków na pierwsze trzy odcinki, drugi sezon "Fundacji" otrzymał zielone światło. Plotki mówią, że stało się to dawno temu, bo w październiku 2019.
https://www.hollywoodreporter.com/tv/tv-news/foundation-apple-tv-season-two-1235027952/
A oto co do powiedzenia o serialu ma Robyn Asimov, córka pisarza:
„>Fundacja< Davida Goyera przekroczyła wszystkie moje oczekiwania, przenosząc filozofię i pomysły mojego ojca na ekran w sposób, w jaki sam nigdy nie mógł tego zrobić, a jednocześnie pozostając wierną jego dziełu” – powiedziała. „Wiem, że mój ojciec byłby dumny, że jego kultowa historia ożyła dzięki wizualnemu pięknu serialu i skomplikowanym postaciom i rozumiałby że jego słowa wymagałyby tłumaczenia na język filmu”.
Wydaje się, że to ostatnie zdanie jest bezpośrednim komentarzem do krytyki odnoszącej się do daleko idących zmian (a właściwie pompowania historii zmyślonymi wątkami) w stosunku do oryginału.
1. Postaci - zmiana płci protagonisty pierwszego rozdziału książki jest absolutnie transparentna. Nie ma tu nic do powiedzenia. Płeć postaci nie miała żadnego znaczenia w książce, a rozumiem powody, dla których ją zmieniono w serialu. Cała "Fundacja" jest wypełniona mężczyznami i z dzisiejszych pozycji nie ma jak tego obronić. Dodatkowo brak kobiet nie pomaga narracji i dramaturgii, gdyż może brakować napięcia emocjonalnego (no, chyba że komuś chodzi po głowie gejowski romans, ale jeśli podmianka płci komuś przeszkadza, to geje w kosmosie pewnie wywaliłyby mu mózg na orbitę geostacjonarną). Hari Seldon zagrany ok - budzi respekt i uznanie, ma chłop gadane co widać w scenie w pralni. Szkoda, że nie ma go więcej i nie mówię o ilości czasu, ale tego co ma w narracji do zrobienia. W książce był to pewny siebie geniusz, który de facto subtelnie pociągał za niewidzialne sznurki. Tutaj tego się nie odczuwa, widać tylko jego pewność siebie. Kreacja Imperatora Cleona Dnia (w tej roli Lee Pace) najbardziej chyba zapadająca w pamięć. Moim zdaniem pomysł z graniem ze sztuczną, nadętą manierą wypalił - mamy tutaj pełnokrwisty czarny charakter, ze swoimi motywacjami, bardzo teatralny. Może nie realistyczny, ale jaki zabawny. Ranek i Zmierzch jakoś mnie nie porwali. Na końcu Demerzel, która, przyznają, ma ciekawą rolę "matki królów", ale jej wątek mógłby być bardziej pociągnięty (i może jeszcze będzie?) by to wszystko ładnie wybrzmiało. No i doktor Julian Bashir jako prokurator w scenach sądu

2. Fabuła - biorąc pod uwagę, że nakręcono dwa, bodaj godzinne odcinki na bazie 29 stron tekstu (moje wydanie - Rebis 2018) to nie dziwota, że skończyło się jak się skończyło. 2/3 wydarzeń pokazanych w serialu nie ma związku z książką. Ta "Fundacja" przypomina trochę watę cukrową - w środku jest patyczek zrobiony z fabuły i postaci z książki, a na niego nawinięto mnóstwo wątków, wydarzeń i nowych postaci. Być może to porównanie jest trochę nie fair. Cały dramat opleciony wokół Imperatora(ów) nie jest taki najgorszy i... zastanawiam się, czy nie lepiej byłoby zrobić serię oryginalną na bazie właśnie takich rozterek władzy - taka trochę "Gra o Tron" a trochę "House of Cards" tylko że w roku 12 tysięcznym. Tu nie można zapomnieć o wątku windy orbitalnej. Zęby mnie bolały jak ten koncept przedstawiono. Raz, że nie wiadomo po co ona jest - cywilizacja galaktyczna, która opanowała antygrawitację nie powinna mieć problemu z wysyłaniem czegokolwiek na orbitę, więc potrzeba budowania takiej windy jest zerowa. Nawet w celach prestiżowych nie widzę tu za bardzo sensu, zwłaszcza, że aby zbudować takiego potwora jak to ukazano w serialu potrzeba by więcej zasobów niż ma jedna planeta. Z kolei dwie takie eksplozje jak pokazano nie powinny mieć tak tragicznego rezultatu. No chyba, że architekci i inżynierowie, którzy ją wybudowali byli absolutnymi idiotami. Wmontowano jednak takie 9/11 do fabuły i nic na to nie poradzimy. Przynajmniej zakończenie wątku zamachu było satysfakcjonujące, bo Lee Pace znów miał okazję poczarnocharakterzyć. Nie przekonał mnie wątek obyczajowy (obowiązkowe buzi-dupci w każdym odcinku) - wiadomo po co to jest wklejone, ale dla mnie zupełnie zbędne. A już skrajnie udramatyzowane morderstwo Seldona i Gaal służy tylko tanim emocjom.
3. "Look" serialu - jest pięknie, ale... Począwszy od wodnych pejzaży Synnax, przez osobliwości zasilające napęd okrętów, kończąc na widokach nieskończonego miasta Trantora i surowej powierzchni Terminusa - jest różnorodnie i ładnie. Sęk w tym, że wszystko już wcześniej widzieliśmy. Wodne miasto? - proszę bardzo: Lake Town w "Hobbicie". Czarna dziura - nie ma sprawy: "Interstellar". Lodowe pustkowie - od "Prometheusa" po "Star Trek: Discovery". Poruszający się obraz/malowidło na ścianie - "Man of Steel" i "Guardians of the Galaxy vol. 2". Olbrzymia metropolia - nawet nie trzeba wymieniać. Generalnie wszystko jest w serialu wycyzelowane (no, może poza jednym ujęciem latającego samochodu w sekwencji otwierającej) ale oglądając nie mogłem się pozbyć uczucia, że gdzieś już to widziałem. Nawet czołówka serialu, w której ziarenka (piasku) tworzą rozmaite obiekty też wywodzi się z popularnego obecnie trendu (znowu - "Star Trek: Discovery" na przykład ma podobną czołówkę).
4. Muzyka - Bear McCreary podaje ładne dźwięki, ale do jego niezwykłych i nieco tajemniczych kompozycji z "Battlestar Galactica" sporo brakuje. Żaden temat nie zapadł mi w pamięć. Tak więc jest więcej niż poprawnie, ale nie zachwyca.
Podsumowując - tak jak napisałem we wstępie - potraktowanie książki jako bazy do opowiedzenia własnych historii nie budzi (już) we mnie emocji. Być może te historie, które chcą opowiedzieć Josh Friedman i David S. Goyer miałyby swoją rację bytu jako zupełnie nie związana z dziełem Asimova narracja. W tym sensie jest mi może trochę tylko przykro, że dzieło giganta literatury sci-fi zostało potraktowane jako prosta trampolina do sukcesu. Sukcesu, który na chwilę obecną nie wydaje mi się zagwarantowany.
Ocena: 6.5/10
-----
Szybko poszło: pomimo ledwo ciepłej reakcji widzów i krytyków na pierwsze trzy odcinki, drugi sezon "Fundacji" otrzymał zielone światło. Plotki mówią, że stało się to dawno temu, bo w październiku 2019.
https://www.hollywoodreporter.com/tv/tv-news/foundation-apple-tv-season-two-1235027952/
A oto co do powiedzenia o serialu ma Robyn Asimov, córka pisarza:
„>Fundacja< Davida Goyera przekroczyła wszystkie moje oczekiwania, przenosząc filozofię i pomysły mojego ojca na ekran w sposób, w jaki sam nigdy nie mógł tego zrobić, a jednocześnie pozostając wierną jego dziełu” – powiedziała. „Wiem, że mój ojciec byłby dumny, że jego kultowa historia ożyła dzięki wizualnemu pięknu serialu i skomplikowanym postaciom i rozumiałby że jego słowa wymagałyby tłumaczenia na język filmu”.
Wydaje się, że to ostatnie zdanie jest bezpośrednim komentarzem do krytyki odnoszącej się do daleko idących zmian (a właściwie pompowania historii zmyślonymi wątkami) w stosunku do oryginału.
