Nach kino tradycyjne, czyli te śmierdzące popcornem i zależne od tego na kogo się trafi na sali kinowej dla mnie umarło już jakieś 4 lata temu, a seans No Time to Die tylko utwierdził mnie w tym przekonaniu. Takie smaczki jak biały upierdolony kurzem ekran , pofałdowany, bez przeglądu technicznego od nowości przez co na sekwencjach rozgrywających się w biały dzień lub na śniegu widać brudne powidoki co wkurwia i wywala od razu z filmu. Podczas projekcji zły stan projektora dał się we znaki, czyli brudna ujebana i wypalona soczewka co skutkowało że obraz po środku był jaśniejszy a czym bliżej krawędzi robiła się skrajna rozmyta i nie naturalna ciemnica, takie rybie oko dla ubogich. Dźwięk ustawiony na najwyższych decybelach przez co każdy wystrzał to nie naturalna katorga dla uszu itp. Tak więc powyższe niedogodności same w sobie zniszczyły mi prawidłowy odbiór samego filmu niestety, który musi wylądować do kolejnej weryfikacji w domowym zaciszu ( pewnie będzie to na Święta, bo to doskonała okazja na zarobienie ekstra kasy przez studio póki oliwa gorąca ). Jak już coś oglądać z zaangażowaniem i w optymalnych warunkach to tylko ciepła kanapa z wielkim ekranem, sokiem pomidorowym z tabasco i ciepłym pilotem z pauzą na kibelek.
Na krótko mogę nieco zestawić plusy i minusy >>
Plusy:
- Fajne klimatyczne otwarcie i przedstawienie tajemniczego Assassyna w teatralnej masce wyjętej z pierwszego Batmana 1989 ( maska która kamuflowała wypaloną kwasem twarz pierwszej laski jokera) to motyw niemal wyjęty z tamtego filmu. Szkoda że jest on w filmie tylko tej sekwencji.
- Hans Zimmer jak zwykle nie zawodzi, jego aranżacja theme klasycznego Bonda nieźle ściska serducho jednak miejscami czuć kalkę z Batmanów Nolana i wręcz karykaturalne wykorzystanie motywu z Karmazynowego Przypływu na sekwencjach dziejących się pod wodą - śmiechłem na tym ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu.
- Wątek prywatny Bonda przez innych może być odpychający dla mnie to wręcz przeciwnie dodaje nieco człowieczeństwa dla styranego po tylu filmach Craiga. Tak więc jego miłosne rozterki i walka o swoją rodzinę to co najlepsze w tej części.
Negatywy:
- Kuloodporny Bond - żenująca sekwencja skoku na moście znana z trailerów przed którym mija dosłownie jakieś 5 sekund podczas których Craig pod ciężkim ostrzałem stoi sobie bez ukrycia jak na tacy zanim decyduje się na ucieczkę przez skok na bungee przy pomocy jakiegoś przewodu elektrycznego. Powinien być tam już na wstępnie zlikwidowany bez popity. Ogółem mało fizyczności i kontaktu face to face z wrogiem i mordobicia. Te z otwarcia to zdecydowanie za mało.
- Nudne sekwencje akcji... strzelanie padanie i strzelanie, plus żenująca kalka akcji jednego ujęcia wzorowanego Extraction z Netflixa z Thorem który zrobił to w bardziej pomysłowy sposób. Nawet Atomic Blond miała więcej do powiedzenia w sekwencjach naparzanki Face to Face.
- Nieokreślony i mało wykorzystany główny złol. Rozumiem zemsta za śmierć swojej rodziny, rozumiem w dobijanie ostatniej ofiary swojej zemsty, ale wpierdalanie w to całego Świata bo jestem zły i chooj po mojej zemście wszyscy zginą jest totalnym lenistwem scenarzystów
- Przewidywalna końcówka która mogła być czymś większym !!! Widziałem to od początku tak: Na wpół żywy, ledwie trzymający się na nogach Bond Craig odchodzący na tle zachodzącego słońca ze smutną myślą nie możności dotknięcia Córki i przebywania z kobietą z którą może w końcu ułożyć życie. Tragiczne ale jakże epickie zakończenie zostało spierdolone bezsensownym samobójem, bo Crag musiał mieć gwarancje że nie będzie już musiał grać w 6tej odsłonie nawet jako mentor lub dziadzio wprowadzający nowego Agenta. Naprawdę Facet wychodzący z niemożliwych opresji decyduje się na samozagładę przez jakiś mega opóźniony w reakcji Air strie... żal !!!
- FILM JEST ZA DŁUGI... byłem bardzo poirytowany na MEGA DŁUGIM monologu wygłaszanym przez Ramiego Maleka. Wyjaśnia swój misterny plan który mnie kompletnie nie obchodzi, bo doskonale wiem że gówno to da i nie ma racjonalnego poparcia fabułą. To co to miało być zemsta na oprawcach rodziny, na całej ludzkości, chęć dojebania Bonda bo zakochał się w jego docelowym targecie. Ehhh szkoda gadać.
Na tę chwilę No Time to Die to taki średniak bezpiecznie ulepiony z tych bardziej i mniej ciekawych motywów poprzednich części. Niczego tu odkrywczego niestety nie było, ale z ostateczną oceną wstrzymam się do drugiego seansu.
EPILOG:
Podsumowując moją całą przygodę z Bondem - Craigiem, to był zajebisty aktor, którego zmarnowano próbując na siłę przebić idealne Casino Royale. Quantum jeszcze dawało radę, ale to była bezpośrednia kontynuacja Casino. Każda część powinna zaskakiwać czymś nowym i dawać nam radość z Bonda a tak od bardzo złego Skyfall wszystko powoli legło w gruzach... była to z jednej strony zajebista przygoda a z drugiej tragiczne marnotrawstwo potencjału tego zajebistego aktora.
Na krótko mogę nieco zestawić plusy i minusy >>
Plusy:
- Fajne klimatyczne otwarcie i przedstawienie tajemniczego Assassyna w teatralnej masce wyjętej z pierwszego Batmana 1989 ( maska która kamuflowała wypaloną kwasem twarz pierwszej laski jokera) to motyw niemal wyjęty z tamtego filmu. Szkoda że jest on w filmie tylko tej sekwencji.
- Hans Zimmer jak zwykle nie zawodzi, jego aranżacja theme klasycznego Bonda nieźle ściska serducho jednak miejscami czuć kalkę z Batmanów Nolana i wręcz karykaturalne wykorzystanie motywu z Karmazynowego Przypływu na sekwencjach dziejących się pod wodą - śmiechłem na tym ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu.
- Wątek prywatny Bonda przez innych może być odpychający dla mnie to wręcz przeciwnie dodaje nieco człowieczeństwa dla styranego po tylu filmach Craiga. Tak więc jego miłosne rozterki i walka o swoją rodzinę to co najlepsze w tej części.
Negatywy:
- Kuloodporny Bond - żenująca sekwencja skoku na moście znana z trailerów przed którym mija dosłownie jakieś 5 sekund podczas których Craig pod ciężkim ostrzałem stoi sobie bez ukrycia jak na tacy zanim decyduje się na ucieczkę przez skok na bungee przy pomocy jakiegoś przewodu elektrycznego. Powinien być tam już na wstępnie zlikwidowany bez popity. Ogółem mało fizyczności i kontaktu face to face z wrogiem i mordobicia. Te z otwarcia to zdecydowanie za mało.
- Nudne sekwencje akcji... strzelanie padanie i strzelanie, plus żenująca kalka akcji jednego ujęcia wzorowanego Extraction z Netflixa z Thorem który zrobił to w bardziej pomysłowy sposób. Nawet Atomic Blond miała więcej do powiedzenia w sekwencjach naparzanki Face to Face.
- Nieokreślony i mało wykorzystany główny złol. Rozumiem zemsta za śmierć swojej rodziny, rozumiem w dobijanie ostatniej ofiary swojej zemsty, ale wpierdalanie w to całego Świata bo jestem zły i chooj po mojej zemście wszyscy zginą jest totalnym lenistwem scenarzystów
- Przewidywalna końcówka która mogła być czymś większym !!! Widziałem to od początku tak: Na wpół żywy, ledwie trzymający się na nogach Bond Craig odchodzący na tle zachodzącego słońca ze smutną myślą nie możności dotknięcia Córki i przebywania z kobietą z którą może w końcu ułożyć życie. Tragiczne ale jakże epickie zakończenie zostało spierdolone bezsensownym samobójem, bo Crag musiał mieć gwarancje że nie będzie już musiał grać w 6tej odsłonie nawet jako mentor lub dziadzio wprowadzający nowego Agenta. Naprawdę Facet wychodzący z niemożliwych opresji decyduje się na samozagładę przez jakiś mega opóźniony w reakcji Air strie... żal !!!
- FILM JEST ZA DŁUGI... byłem bardzo poirytowany na MEGA DŁUGIM monologu wygłaszanym przez Ramiego Maleka. Wyjaśnia swój misterny plan który mnie kompletnie nie obchodzi, bo doskonale wiem że gówno to da i nie ma racjonalnego poparcia fabułą. To co to miało być zemsta na oprawcach rodziny, na całej ludzkości, chęć dojebania Bonda bo zakochał się w jego docelowym targecie. Ehhh szkoda gadać.
Na tę chwilę No Time to Die to taki średniak bezpiecznie ulepiony z tych bardziej i mniej ciekawych motywów poprzednich części. Niczego tu odkrywczego niestety nie było, ale z ostateczną oceną wstrzymam się do drugiego seansu.
EPILOG:
Podsumowując moją całą przygodę z Bondem - Craigiem, to był zajebisty aktor, którego zmarnowano próbując na siłę przebić idealne Casino Royale. Quantum jeszcze dawało radę, ale to była bezpośrednia kontynuacja Casino. Każda część powinna zaskakiwać czymś nowym i dawać nam radość z Bonda a tak od bardzo złego Skyfall wszystko powoli legło w gruzach... była to z jednej strony zajebista przygoda a z drugiej tragiczne marnotrawstwo potencjału tego zajebistego aktora.
Unboxing >> YouTube
