14-11-2024, 14:02
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14-11-2024, 14:28 przez fire_caves.)
Szósty zmysł (1999)
Seans filmu bardzo luźno podpada pod ten temat, bo oglądałem go na... cda.pl. Siara trochę, bo od 6 lat nie oglądałem pirata, w dodatku z lektorem (facepalm). Abstrahując od kwestii związanych z jakością, to po (powtórnym) rozczarowaniu "Znakami", tym razem Shyamalan zrehabilitował się "Szóstym zmysłem". Film oczywiście trzy lata wcześniejszy od tego o inwazji kosmitów, jest moim zdaniem dużo lepszy. Jest prostszy pomimo skupienia na trzech centralnych postaciach, z których każda otrzymuje dość satysfakcjonującą ścieżkę i rozwiązanie. Mimo iż jest to historia o duchach, to dużo poważniej podchodzi do tematu relacji międzyludzkich, niż melodramatycznie i nieco pretekstowo wykorzystana śmierć żony bohatera granego przez Mela Gibsona w "Znakach". Całość jest intymna (kamera prowadzona przez postać graną przez Bruce'a Willisa wtyka nos w najbardziej prywatne momenty życia bohaterów) i ciepła, co daje przyjemny kontrast z chłodem śmierci spowijającym wiele scen. Na marginesie - może to tylko moje skrzywienie, ale uważam, że Willis był (niestety muszę napisać w czasie przeszłym) całkiem niezłym aktorem i to, że zaszufladkowano go jako gwiazdę kina akcji, nie jest do końca sprawiedliwe wobec jego talentów. Film z pewnością warto obejrzeć dwukrotnie (o ile oczywiście nie zna się twistu przed pierwszym seansem). Całość jednak trzyma się tzw. kupy na tyle dobrze, że uważam, że będę wracał doń jeszcze przynajmniej parę razy w przyszłości. Zatem film, w polskim wydaniu 4K od Galapagos, ląduje w mojej kolekcji (jak tylko sprzedawca raczy mi go wysłać) podczas gdy z "Znaki" podziękuję (chyba, że kiedyś będzie prawdziwie tani "Tani czwartek" ; ) )
Willow (1988)
"Willow" to oczywiście eskapistyczna, jednorazowa fantazja George'a Lucasa, który tym razem w "czystych" realiach fantasy bawi się pomysłami Tolkiena. Co ciekawe, działa to chyba również w drugą stronę, bo kilkukrotnie w trakcie sensu zastanawiałem się, czy Peter Jackson nie inspirował się "Willowem" kręcąc swoje dwie trylogie - chłop przebrany za babę niczym w "Hobbicie", bardzo fizyczna bitwa czarodziejów/jek, Nowa Zelandia i jej pejzaże. Kino przyjemne, z sercem ("takie jakiego już się nie robi") a jednocześnie, pomimo swojej niewinności (np. brak krwi) momentami zaskakujące elementami grozy - np. pojawia się potworek rodem z U.S. Outpost 31 ("The Thing") i przemocy. Pomimo to odczuwam, że to nie jest kino dla mnie. Moja półka z klasycznym fantasy jest bardzo krótka i właściwie znaleźć tam można adaptacje Tolkiena, dwa "Conany" Arnolda, serię "Piratów z Karaibów" i pierwszego "Nieśmiertelnego". Nie czuję potrzeby posiadania "Willow", który fabularnie i pod innymi względami ustępuje filmom Jacksona, tak więc tego zamówienia raczej na pewno nie złożę.
Seans filmu bardzo luźno podpada pod ten temat, bo oglądałem go na... cda.pl. Siara trochę, bo od 6 lat nie oglądałem pirata, w dodatku z lektorem (facepalm). Abstrahując od kwestii związanych z jakością, to po (powtórnym) rozczarowaniu "Znakami", tym razem Shyamalan zrehabilitował się "Szóstym zmysłem". Film oczywiście trzy lata wcześniejszy od tego o inwazji kosmitów, jest moim zdaniem dużo lepszy. Jest prostszy pomimo skupienia na trzech centralnych postaciach, z których każda otrzymuje dość satysfakcjonującą ścieżkę i rozwiązanie. Mimo iż jest to historia o duchach, to dużo poważniej podchodzi do tematu relacji międzyludzkich, niż melodramatycznie i nieco pretekstowo wykorzystana śmierć żony bohatera granego przez Mela Gibsona w "Znakach". Całość jest intymna (kamera prowadzona przez postać graną przez Bruce'a Willisa wtyka nos w najbardziej prywatne momenty życia bohaterów) i ciepła, co daje przyjemny kontrast z chłodem śmierci spowijającym wiele scen. Na marginesie - może to tylko moje skrzywienie, ale uważam, że Willis był (niestety muszę napisać w czasie przeszłym) całkiem niezłym aktorem i to, że zaszufladkowano go jako gwiazdę kina akcji, nie jest do końca sprawiedliwe wobec jego talentów. Film z pewnością warto obejrzeć dwukrotnie (o ile oczywiście nie zna się twistu przed pierwszym seansem). Całość jednak trzyma się tzw. kupy na tyle dobrze, że uważam, że będę wracał doń jeszcze przynajmniej parę razy w przyszłości. Zatem film, w polskim wydaniu 4K od Galapagos, ląduje w mojej kolekcji (jak tylko sprzedawca raczy mi go wysłać) podczas gdy z "Znaki" podziękuję (chyba, że kiedyś będzie prawdziwie tani "Tani czwartek" ; ) )
Willow (1988)
"Willow" to oczywiście eskapistyczna, jednorazowa fantazja George'a Lucasa, który tym razem w "czystych" realiach fantasy bawi się pomysłami Tolkiena. Co ciekawe, działa to chyba również w drugą stronę, bo kilkukrotnie w trakcie sensu zastanawiałem się, czy Peter Jackson nie inspirował się "Willowem" kręcąc swoje dwie trylogie - chłop przebrany za babę niczym w "Hobbicie", bardzo fizyczna bitwa czarodziejów/jek, Nowa Zelandia i jej pejzaże. Kino przyjemne, z sercem ("takie jakiego już się nie robi") a jednocześnie, pomimo swojej niewinności (np. brak krwi) momentami zaskakujące elementami grozy - np. pojawia się potworek rodem z U.S. Outpost 31 ("The Thing") i przemocy. Pomimo to odczuwam, że to nie jest kino dla mnie. Moja półka z klasycznym fantasy jest bardzo krótka i właściwie znaleźć tam można adaptacje Tolkiena, dwa "Conany" Arnolda, serię "Piratów z Karaibów" i pierwszego "Nieśmiertelnego". Nie czuję potrzeby posiadania "Willow", który fabularnie i pod innymi względami ustępuje filmom Jacksona, tak więc tego zamówienia raczej na pewno nie złożę.
