07-05-2018, 00:00
Epoka VHS to był zryw ogólnonarodowy, będący elementem transformacji, dzikiej demokracji, łaknięcia kolorowego zachodu. Trzeba też pamiętać, że to był okres, że miało się dużo czasu. Dorośli pracowali w określonych godzinach, na półkach pustki, uciekało się w taki świat, niekoniecznie dobry filmowo, bo nie było wielu rozrywek. Więc ludzie nie marnowali czasu w sposób o jakim pisze Wolfman, bo co mieli marnować? No i kina też pękały w szwach, a niektórzy starsi znajomi bywali na jednym tytule po parę razy. W moim przypadku zawdzięczam tej epoce zrodzenie miłości do kina ogólnie, bo bez Van Dammów, Akademii Policyjnych, Pana z brzytwami na ręce, Ramb czy Terminatoro-Predatorów nie byłoby von Triera, Marczewskiego czy innych magów kina. Tamte filmy nie przetrwały często próby czasu (ostatnio znalazłem na youtubie Motodiabły, które kiedyś oglądałem na kolanach i to było obecnie megazłe), Janusze znalazły sobie inne zajawki i coś się skończyło. Czy dobrze czy źle, nie ma to dla mnie znaczenia, bo jeszcze tyle fajnej klasyki człowiek nie obejrzał (pewnie drugą połowę roku poświęcę na lata 50te), a i czasem obecnie trafi się dobry film. No i nie zapominajmy, że były ciemniejsze strony vhsów. Piractwo, które wielu z Was obecnie piętnuje, czy dorabianie się na tym nielegalnym biznesie różnych drobnych lub mniej drobnych cwaniaczków. Obecnie też nie do końca jest tak źle. Przecież kina odżyły, a te wspólne oglądanie? Kino zabiło w moim przypadku chęć do wspólnego oglądania. Sebixy gadające przez telefon w multipleksach, czy egzaltowane grażyny-polonistki terkoczące w kinach studyjnych. Najlepiej zawsze oglądało mi się samemu, nawet bez Żony
A sentyment to mam bardziej do pierwszej pitej Coli przywiezionej przez kogoś z RFNu. Po każdym łyku dolewałem wody z kranu żeby nigdy się nie skończyła
A sentyment to mam bardziej do pierwszej pitej Coli przywiezionej przez kogoś z RFNu. Po każdym łyku dolewałem wody z kranu żeby nigdy się nie skończyła
