27-01-2025, 22:20
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27-01-2025, 22:20 przez fire_caves.)
VOY zawsze był serialem straconych szans. Największym jego przestępstwem było to, że, jak określają go złośliwi, jest de facto kontynuacją TNG (sezony 8-15), podczas gdy cały serial powinien przypominać dwuodcinkowiec "Year of hell". Zamiast czysciutkich korytarzyków powinni mieć narastające niedobory, a zamiast co tydzień nucąc federacyjny hymn udawać się na eksploracje losowych zjawisk naprawdę szukać drogi do domu. Ronald D. Moore pokazał później jak to się robi w nowym BSG. Pozostaje sobie wyobrażać jaki serial nas ominął, gdyby Jeri Taylor miała jaja jak Ira Steven Behr i dała nam klimat bliższy Odysei Homera niż Wyspy Gilligana. Oczywiście piszę trochę przenośnie, bo zdaje się że DS9 mogł cieszyć się większą swobodą kreatywną, gdyż zawsze był traktowany jako swego rodzaju mniej ważny spin-off najpierw TNG a potem właśnie VOYa. Zapewne przepchnięcie bardziej kontrowersyjnych i mniej "waniliowych" odcinków przez UPN było trudniejsze w przypadku tego ostatniego serialu.
